Brian May: w pogoni za perfekcją

Willa w angielskim hrabstwie Surrey, a wokół niej – dżungla. – Wspaniale, pozwalamy ogrodowi zdziczeć! – zachwyca się Brian May wskazując za okno. Jak opowiada gitarzysta, który 6 listopada wystąpi z Queen w Łodzi, dom ten należał wcześniej do słynnego botanika. May (lat 70) kupił go tylko po to, by uratować 10-metrowy rododendron.

„Süddeutsche Zeitung”: Panie May, pańskim życiorysem można by obdzielić kilka osób. Jest pan gitarzystą, astrofizykiem, autorem publikacji, ekspertem w dziedzinie fotografii 3D, założycielem organizacji obrony praw zwierząt, autorem piosenek, producentem muzycznym, wreszcie wciąż koncertuje pan z Queen. O czymś zapomniałem?

Brian May: W międzyczasie staram się być przyzwoitym mężem i ojcem, mam też siedmioro wnucząt.

Która z życiowych ról jest dla pana najważniejsza?

To trudne pytanie. Zawsze miałem wrażenie, że nasze pokolenie dorastało w zbyt ciasnych granicach intelektualnych. Człowiek nie przyznawał się nikomu, że jest jednocześnie artystą i naukowcem. Ale dlaczego nie? Będąc uczciwym w stosunku do samego siebie człowiek może objąć cały świat. Powinien być otwarty. Wszystko się łączy.

Na przykład?

Gdy byłem studentem, naukowcy zaśmiewali się do rozpuku z pomysłu, że gra na gitarze może mieć znaczenie. Dziś wielu astronomów doskonale zna się na muzyce i uważają to za rzecz zupełnie naturalną. Mój przyjaciel z Europejskiej Agencji Kosmicznej jest w połowie Albertem Einsteinem, a w połowie Lemmym Kilmisterem. I tak w życiu być powinno!

W 26 lat po śmierci Freddiego Mercury ukazuje się pierwsza książka o Queen autorstwa jednego z członków zespołu. Jest to dziwna mieszanka albumu stereoskopowego, dziennika z tras koncertowych i biografii. Skąd taka forma i dlaczego czekał pan tak długo?

Mój kalendarz jest wypełniony po brzegi. Nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, jak skomplikowane jest w moim przypadku planowanie tygodnia. Ten projekt od wieków czekał w szufladzie. Wreszcie zatrudniłem archiwistę, by zajął się moją kolekcją historycznych fotografii przestrzennych.

Co pana tak fascynuje w tych dawnych zdjęciach?

Już sam fakt, że przy ich pomocy można opowiedzieć 150 lat historii, z całą jej głębią! Uważam to za fantastyczne, mogę zachwycać się nimi godzinami! Któregoś razu przypomniałem sobie, że podczas tras koncertowych często robiłem zdjęcia zespołu aparatem stereoskopowym. Denis, mój archiwista, wyszperał tamten materiał z różnych zakurzonych kątów domu. Na koniec mieliśmy setki zdjęć. Byłem zaszokowany, jaką ilość wspomnień to wyzwoliło.

Queen nie było typowym zespołem. Normalni muzycy na początku lat 70. rzucali szkołę w wieku 15 lat i nie stronili od narkotyków. A tu nagle pojawiło się czterech gości z wyższym wykształceniem: astrofizyk grał na gitarze, dentysta na perkusji, elektromechanik na basie, a śpiewał z nimi student akademii artystycznej.

Odróżniało nas może nasze nastawienie. Wiedzieliśmy już wówczas mniej więcej kim jesteśmy i jak działa świat. Pomogło nam to też w ambicji kierowania naszej twórczości do odbiorców nie tylko w Anglii. Diametralnie się od siebie różniliśmy. Ale sądzę, że w grupie, którą łączą prawdziwe zainteresowania twórcze, tkwi ogromna siła. Ciągle się kłóciliśmy, czasami aż do krwi, ale zawsze był w tym jakiś cel.

O co się kłóciliście?

O wszystko! O każdą nutę, jaką graliśmy. Zróbmy to tak. Nie, inaczej! Oczywiście często nie mieliśmy pojęcia, dokąd nas to doprowadzi. Kto wówczas przypuszczał, że zagramy na Wembley?

Jeśli prześledzić występy Briana Maya z ostatnich 45 lat, widzimy nietypową gwiazdę rocka: zdyscyplinowaną, solidną, godną zaufania. Zawsze ta sama mimika, ta sama fryzura. Zawsze punktualny. Nie do pomyślenia, by ten facet przyszedł kiedyś nieprzygotowany, albo wypił za dużo.

Tak, to chyba słuszne wrażenie. Nigdy też na nikim się nie wzorowałem w mojej grze na gitarze. Ponadto pewna część mojej osobowości jest wybitnie zakotwiczona w rzeczywistości.

Jest pan gitarową legendą, a jednocześnie zbiera pan ołowiane żołnierzyki, gadżety z „Gwiezdnych wojen” i fotografie stereoskopowe. Jak udaje się to połączyć?

Co ma wspólnego gwiazda rocka z nerdem zbierającym figurki? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale moja faza kolekcjonerska to już przeszłość. Przez długi czas olbrzymią przyjemność sprawiało mi wyszukiwanie różnych rzeczy i ich posiadanie. Dawniej oferowałem na aukcjach majątek za fotografie stereoskopowe. Dziś jestem szczęśliwy mogąc je od czasu do czasu pooglądać, ale generalnie wystarczy mi skan. Posiadanie stało się nagle ciężarem. Coraz mocniej ściąga mnie w dół. Przecież i tak całego tego kramu nie zabierzemy ze sobą na tamten świat.

Ma pan tendencję do bardzo poważnego traktowania wszystkiego, prawda?

Żyję z brzemieniem perfekcjonizmu. A perfekcjonizm jest niebezpieczny.

Dlaczego?

Ponieważ człowiek stawia sobie nierealistyczne cele. I przez to sam się unieszczęśliwia. Mam to po ojcu.

W książce pisze pan, że u was w domu „ważne rzeczy załatwiało się porządnie”. Co to znaczy: porządnie?

Trzeba poświęcić się bez reszty temu, co się robi. Zawsze. Robić wszystko na 100 procent, nigdy na pół gwizdka. Po angielsku jest takie powiedzenie: „Don’t spoil the ship for a ha’porth of tar” – nie pozwól, żeby statek poszedł na dno, oszczędzając parę pensów na smole. Żadnych kompromisów! Bo co, jeśli kadłub zacznie przeciekać akurat w tym jednym miejscu? Dobra filozofia, Mój ojciec szedł jeszcze dalej: jeśli coś jest ważne, możesz zrobić to lepiej niż wszyscy inni, jeśli tylko się postarasz!

Nie irytuje pan ludzi tym podejściem?

Nieustannie! W zespole albo w rodzinie żartujemy z tego. Kiedy coś nam się uda, mamy powiedzenie, że znowu prawie otarliśmy się o perfekcję. To pochwała. Perfekcja nie istnieje. Istnieje tylko punkt, w którym zakończysz i zadowolisz się osiągniętym efektem, ponieważ czujesz, że wywiązałeś się z zadania.

Już jako chłopiec był pan poważny, prawda? Jedynak, któremu wystarczało własne towarzystwo, interesujący się techniką i muzyką, pragnący dowieść praw optyki za pomocą wzoru na tapecie.

Przede wszystkim byłem nieśmiały i pozostałem taki do dziś.

Naprawdę? Nie sprawia pan takiego wrażenia.

A jednak. Nieustannie mam wątpliwości czy postępuję właściwie, czy jestem we właściwym miejscu, czy mówię to, co trzeba. Mam 70 lat, ale wchodząc do pomieszczenia pełnego ludzi wciąż czuję się jak tamten młody chłopak. W głębi serca uważam zawsze, że nikt nie wie kim jestem, co robię albo czego chcę. Zawsze jestem zaskoczony, gdy ludzie mnie rozpoznają i traktują z respektem.

300 mln sprzedanych płyt – nie sądzi pan, że zapracował sobie na ten szacunek?

Nie o to chodzi. Raczej o chwilę zaskoczenia. I jeśli się nad tym zastanowić, uważam, że to dobre. Nie powinno się niczego oczekiwać. W końcu na świecie są miliardy ludzi, którzy nie wiedzą kim jestem, a jeśli by się dowiedzieli, mieliby pełne prawo mieć to w głębokim poważaniu.

Pana ojciec był zdecydowanym przeciwnikiem pańskiej kariery muzycznej. Nie chciał, by syn stał się sławny?

Był inżynierem w siłach powietrznych, a przy tym – całkiem niezłym muzykiem. Podczas wojny często grywał na fortepianie dla żołnierzy. Jakaś jego część chciałaby zostać muzykiem, ale zawsze powtarzał, że w życiu trzeba mieć prawdziwą pracę. W zasadzie poświęcił swoje marzenia, by umożliwić żonie i dziecku – czyli mnie – życie na przyzwoitym poziomie. W tamtych czasach nie mieliśmy wiele pieniędzy. Mimo to, dla ojca najwyższym priorytetem było zawsze wykształcenie: dobra szkoła, college, doktorat z astrofizyki. Kiedy mu powiedziałem, że rezygnuję z tego wszystkiego dla gry na gitarze, był w szoku. – Dlaczego chcesz sobie zmarnować życie? – zapytał. Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?

Dlaczego więc podarował panu ukulele i pomógł skonstruować gitarę?

To była ironia. Potem śledził każde nasze tournée, nawet rysował mapy z trasami. Moją muzykę traktował jednak zawsze jako hobby. Zaakceptował ją dopiero wiele lat późnej. Graliśmy wtedy w Madison Square Garden. Przywiozłem do Nowego Jorku całą rodzinę. Po koncercie podszedł do mnie, uścisną mi dłoń i powiedział: – Okay, wydaje mi się, że zrozumiałem. To był przełomowy moment.

Od tamtej pory uchodziliście za najsłynniejszy zespół świata. Pierwszą kapelę, która potrafiła zapełnić stadiony. Jednak publiczność kojarzyła was głównie z Freddiem Mercury. Queen w jakiś sposób zredukowano do jego osoby. Nie irytowało to pana?

Dziwne, ale nie. Frontman jest rzecznikiem zespołu. W ten sposób się dobraliśmy. Był naszą ikoną. Już na okładce pierwszego albumu widać tylko Freddiego w świetle ramp. To ja tak zdecydowałem i wykonałem projekt, nie on. Szczerze, to zawsze dobrze się z tym czułem. Również na scenie. On potrafił sterować tłumem. Ja byłem tym gościem stojącym za nim, po lewej stronie, dającym czadu na gitarze. Ten układ doskonale funkcjonował.

Nigdy nie był pan o niego zazdrosny?

Nie. To naprawdę nie stanowiło problemu, bo byliśmy tak różni. Każdy z członków zespołu miał na koncie hit, który trafił na pierwsze miejsce list przebojów – zresztą do dziś dnia nie osiągnęła tego żadna inna grupa. Mieliśmy po prostu ogromne szczęście, że na siebie trafiliśmy.

Czy homoseksualizm Freddiego Mercury stanowił wówczas problem? Trzech chłopaków z klasy średniej, wszyscy hetero, w latach 70. nikt nie wiedział, to co jest ruch LGBT, a tu nagle na scenę wyskakuje facet w lateksowym wdzianku i śpiewa rockoperę.

My w ogóle nie wiedzieliśmy, że Freddie był gejem, a sądzę, że i on sam długo nie zdawał sobie z tego sprawy. Przecież zawsze dzieliłem z nim pokój. Sytuacja rozwijała się powoli. Trudno sobie wyobrazić, dlaczego mogłoby stanowić to problem. Co najwyżej problematyczny był fakt, że Freddie miał fazy wychodzenia nagle bez nas. To była duża strata.

Czy z tego powodu tak pan nienawidził Monachium?

Ależ nie nienawidzę Monachium! Wszyscy mieliśmy romans z tym miastem.

Pytam o to, ponieważ to miasto miało swój romans z Queen, podobnie jak Hamburg z Beatlesami. Istnieje wiele mitów na ten temat: o szalonych balangach i brytyjskich gwiazdorach, którzy postanowili imprezować akurat w Bawarii. W książce poświęca pan temu okresowi ledwie pięć stron – mówiąc o nim jako o złej i smutnej fazie.

Nie, Monachium było wyjątkowe. Nawet ludziom takim jak my, którzy już niejedno widzieli, to miasto otworzyło oczy. Jak ludzie żyli tam chwilą! Monachium było zbytkowne, istniała tam wspaniała kultura rock’n’rollowa, organizowano szalone imprezy, nie stroniono też od narkotyków. Miasto miało seksapil i było bardzo otwarte. Stanowiło inspirację! Wszystko to nas wówczas zmieniło, ale być może wszystko to podobało nam się trochę za bardzo, przez co zostawiło blizny.

Pisze pan: „Wszystkim nam złamano w Monachium serce, w mieście, w którym dziwny wiatr o nazwie fen popycha ludzi do tego, by rzucali się z szarych wieżowców”.

O tak, fen także stanowi problem! Najwyraźniej dopadł i mnie, bo przez pewien czas miałem depresję. Ten kawałek o złamanych sercach również trzeba rozumieć dosłownie. Każdy z nas uwikłał się w Monachium w jakiś związek. Dla każdego skończyło się to komplikacjami. W każdym przypadku była to miłość. Być może po raz pierwszy w życiu musieliśmy się nauczyć, czym jest miłość. A czym nie jest.

Mercury potrafił jednym ruchem ręki porwać stadion. Powiedział pan kiedyś, jakim spełnieniem były dla pana takie momenty. Tyle tylko, że człowiek potem schodzi ze sceny i wciąż goni za taką perfekcją. Oczywiście nadaremnie.

Tak, podczas tras koncertowych jest przerażająco dużo okazji do tego, by czuć się samotnie! Ale nie chcę sprawiać wrażenia, że mam wiele powodów do użalania się nad swoim ciężkim losem. Miałem niewyobrażalne szczęście! Mimo wszystko będąc gwiazdą rocka człowiek doprowadzany jest czasami do granic wytrzymałości. Tak bardzo, że nie wie już, jak sobie da radę. A jeśli chodzi o perfekcję na scenie, to oczywiście czegoś takiego również nie ma – ale to jeden z powodów, dla których to kochaliśmy.

Gdy osiągaliście szczyty sławy, Freddie Mercury był już chory. Zespół dowiedział się o tym dość późno. Czy były momenty, w których pan coś zauważał?

Niechętnie o tym rozmawiam. Był ten moment szoku, kiedy powiedział nam o wszystkim. Jednak podczas naszego ostatniego tournée – w 1986 roku – nie wiedzieliśmy jeszcze, co się dzieje. Ani, że będzie to nasza ostatnia wspólna trasa. Ostatnim utworem nagranym przez Freddiego było „A Winter’s Tale”. Tam naprawdę zbliżył się do perfekcji.

Krótko potem Freddie Mercury zmarł na AIDS. Dlaczego akurat ta piosenka?

Freddie był już bardzo słaby, ale do końca śpiewał. Pomyślałem: któregoś dnia dokończę to nagranie. Po jego śmierci potrzebowałem półtora roku, aby znaleźć w sobie dość siły, by w ogóle zacząć nad tym pracować. Walczyłem o każdy szczegół. W każdym razie jest tam najbardziej perfekcyjne solo gitarowe, jakie nagrałem w życiu. Uwielbiam tę piosenkę. Jej nagranie było dla niego ważne, bo wiedział już, że zostało mu niewiele czasu, a mimo to w jego głosie nie ma zwątpienia, raczej blask. Lekkość i optymizm. Dzieło stworzone z miłością.

Po jego śmierci popadł pan w depresję.

To był tylko bodziec wyzwalający, mam skłonności do depresji. Z czymś takim ma się do czynienia przez całe życie.

Potem wrócił pan na uczelnię, by obronić doktorat. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: to była niedokończona sprawa. Kiedyś w wywiadzie opowiedziałem o mojej przerwanej pracy doktorskiej. Zadzwonił potem do mnie dziekan wydziału astronomii z Imperial College, gdzie studiowałem, i powiedział: jeśli mówiłeś na serio, zostanę twoim promotorem. To była cudowna okazja!

Jak opisałby pan w trzech zrozumiałych zdaniach pańską dziedzinę badań?

Współpracowałem przy tworzeniu przyrządu pomiarowego mierzącego prędkość i kierunek cząstek pyłu w kosmosie. Pomiary te mają przyczynić się do ustalenia, jak powstał nasz system słoneczny. Przygotowanie rozprawy doktorskiej sprawiało mi wielką radość. Pełno jest w niej pięknych cytatów: koniec końców wszyscy jesteśmy tylko gwiezdnym pyłem. Resztkami supernowych. To zresztą też wers z piosenki Joni Mitchell.

Co interesowało pana w astronomii bardziej: fizyka czy filozofia?

Sądzę, że chodziło mi przede wszystkim o niewiarygodne piękno, jakie kryje się w niebie nad nami. O niewiarygodną naturę tego wszystkiego, o czym codziennie się dowiadujemy.

Powiedział pan ostatnio, że wolałby pan zostać zapamiętany jako obrońca praw zwierząt ratujący borsuki, niż jako gitarzysta albo astronom. Mówił pan serio?

Ujmę to w ten sposób: gdybym miał wybór osiągnąć jeszcze więcej w muzyce albo mieć większy wpływ na to, jak traktuje się zwierzęta, wybrałbym tę drugą opcję, ponieważ to coś najważniejszego dla ludzkości, może zdecydować o przetrwaniu nas wszystkich.

Dlaczego akurat borsuki?

Borsuki są gatunkiem zagrożonym, ponieważ oskarżano je o przenoszenie gruźlicy u bydła. Siedem lat intensywnie zajmowałem się tym tematem. Dziś jestem całkowicie pewien, że borsuki nie są przyczyną nowych zakażeń. Mimo wszystko rząd nadal tępi te stworzenia.

Czy to prawda, że zamierzał pan startować w wyborach do Izby Gmin?

Pytano mnie o to, ale jako polityk musiałbym wstąpić do partii, a tego nie chcę. Jako aktywista mogę znacznie więcej zdziałać ponadpartyjnie.

A na dodatek właśnie jedzie pan znowu w trasę koncertową z Queen. Brzmi stresująco.

Mam z tego frajdę! Zabawne jest to, że nie dążyliśmy do wznowienia zespołu, a już na pewno nie szukaliśmy zastępstwa za Freddiego. Ale potem pojawił się ten chłopak na castingu do „American Idol”. Zaśpiewał na żywo „Bohemian Rapsody”. Nagle zaczęliśmy dostawać e-maile od ludzi z całego świata: Adam Lambert to wasz człowiek! Więc pojechaliśmy i zagraliśmy z nim. Była między nami dobra chemia i dało nam to możliwość dalej istnieć jako Queen. Nazywam Adama darem niebios.

Jaka różnica jest między koncertami Queen z 1986 a 2016 roku?

Oczywiście taka, że nie ma z nami Freddiego. Znaleźliśmy jednak sposób, by mimo to pozostał częścią show za sprawą nagrań i bardzo mnie to cieszy. Ale nie jest to wyłącznie projekt nostalgiczny. Chodzi też o to, by tchnąć w tę muzykę nowe życie.

Ma pan 70 lat. Jak długo jeszcze zamierza pan grać?

Dopóki będę trzymać się na nogach. Widział pan Rolling Stonesów? Mamy tę samą asystentkę tournée. Jak długo daję radę występować na scenie, nie widzę powodu by odchodzić na emeryturę.

z onet.pl

Adam Lambert z Queen: apetyt na dobry czas

Ma 35 lat i jest wokalistą zespołu Queen + Adam Lambert, założonego przez Rogera Taylora i Briana Maya, połowę oryginalnego składu grupy Queen. Nagrał trzy solowe płyty, wypełnione przebojową mieszanką popu, funky, rocka i muzyki dance: „For Your Entertainment” (2009), „Trespassing” (2012) i „The Original High” (2015). Nie tylko śpiewa, ale pisze także muzykę i teksty, ma również doświadczenie jako aktor musicalowy. Sławę zdobył osiem lat temu, kiedy zajął drugie miejsce w programie „American Idol”.

Zapytany o swoje największe inspiracje, Adam Lambert wymienia Michaela Jacksona, Madonnę, Christinę Aguilerę, Timbalanda, No Doubt, Dawida Bowiego, Led Zeppelin, The Beatles i oczywiście Queen.

Prywatnie jest homoseksualistą, otwarcie mówiącym w wywiadach o swoich preferencjach.

Już 6 listopada „Glambert”, bo tak go nazywają fani, po raz czwarty wystąpi w Polsce z zespołem Queen + Adam Lambert, tym razem w łódzkiej Atlas Arenie.

Paweł Piotrowicz: Przyjeżdżasz z Queen do Polski już po raz czwarty. Zachowałeś jakieś wyjątkowe wspomnienia z poprzednich wizyt?

Adam Lambert: Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że chyba nigdzie na świecie nie ma drugiej takiej publiczności. Kiedy u was śpiewam, czuję wielką miłość fanów i ich ogromne zaangażowanie w całe widowisko. Znacie słowa piosenek, reagujecie w sposób spontaniczny i jesteście cudowni.

Zapewne bardzo często słyszysz pytania o możliwość nagrania nowej płyty z zespołem…

Cały czas. [śmiech]

Jako że do tej pory to się nie zdarzyło, przypuszczam, że raczej nie ma na to większych szans. Mam rację?

Faktycznie nie mamy w tej chwili takich planów, ale też nie mogę powiedzieć, że niemożliwe jest, byśmy kiedyś jednak czegoś razem nie nagrali. Kochamy się nawzajem i fantastycznie czujemy w swoim towarzystwie, a jako że jeździmy razem po świecie, to siłą rzeczy wiemy, jak razem grać. Myślę, że nowa muzyka jest kwestią zrobienia właściwiej rzeczy w odpowiednim czasie, do tego ze słusznych powodów.

Słusznych, czyli…

Szczerych, wynikających z artystycznych pobudek. Ale może nie będzie to cały album, a jakiś singiel lub EP-ka. Z drugiej strony, mamy sposobność grania najbardziej niesamowitej muzyki w historii. Jak to przebić? [śmiech] Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Mówisz, że masz świetne relacje z Brianem Mayem i Rogerem Taylorem. Jesteście przyjaciółmi?

Zdecydowanie, naprawdę dobrze się dogadujemy. Ufamy sobie. Wiesz, pracujemy ze sobą już pięć lat i nie spędzamy ze sobą tylko czasu na scenie, ale także poza nią, podczas podróży czy wspólnych posiłków. Spotykamy się także poza trasami. Nasz zespół jest jak rodzina i jestem bardzo wdzięczny za tę przyjaźń. Oczywiście Brian i Roger są moimi bohaterami i idolami, królami rock’n’rolla, więc przebywając z nimi, cały czas się inspiruję. Bardzo wiele się od nich nauczyłem.

Czego konkretnie?

Dobre pytanie. Trudno mi wskazać jedną rzecz, skoro jest ich tak wiele. [śmiech] Na pewno sporo mi dało ich spojrzenie na muzykę i podejście do fanów. Oni po prostu wiedzą, co jest dla nich jest najważniejsze, jaki jest najlepszy sposób zagrania danej piosenki. Staram się w to wsłuchiwać i jak najwięcej z tego absorbować.

Śnił ci się kiedyś Freddie Mercury? A jeśli tak, to może odbyłeś z nim wtedy jakąś ciekawą rozmowę?

Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek miał sen o Freddiem… Bardzo często mam jednak poczucie, że naprawdę jestem szczęściarzem, mogąc śpiewać piosenki, które także on napisał. Queen to zespół, który mimo upływu lat nadal ogromnie wiele dla ludzi znaczy, więc dziękuję wszechświatowi, że mogę podtrzymywać jego muzyczne życie i przekazywać światu tę pochodnię, którą przez tyle lat dzierżył. Wiem, że wiele rzeczy, które ten zespół robił i które Freddie przekazywał, dotyczących życia, miłości i świata, mają wymiar ponadczasowy i uniwersalny.

Freddie Mercury kochał życie, muzykę, swoją publiczność, ale i szalone imprezy. Właściwie trudno go było nie lubić. Które z jego atrybutów czy cech najbardziej pasują do ciebie?

Ja także bardzo lubię imprezować! [śmiech] Często słyszę od Briana i Rogera, że prawdopodobnie dobrze bym się z Freddiem dogadał, bo obu nas cechuje apetyt na dobry czas. Mnie osobiście, poza walorami muzycznymi i wyjątkowym głosem, najbardziej odpowiada jego poczucie humoru. Łatwo je dostrzec, oglądając wywiady czy choćby fragmenty koncertów pokazujących jego swobodne i spontaniczne zachowanie na scenie. On był naprawdę bardzo zabawny i właściwe to robił to, co chciał. Był człowiekiem wolnym. Podoba mi się ta idea, bycia w stu procentach wolnym.

Ty nie jesteś?

Mam nadzieję, że jestem.

Pamiętasz najbardziej szaloną imprezę, na której byłeś?

Byłem na tylu, że…

Wybierz jedną.

Za dużo, naprawdę! [śmiech]

Jak wygląda twój typowy dzień? Jeśli w ogóle takowe miewasz…

Nie mam typowego, ale jeżeli zdarza się wolny, to uwielbiam piesze wycieczki po Los Angeles oraz lunche i obiady z przyjaciółmi. No i oczywiście wieczorne imprezy. Kiedy nie jestem w trasie czy w studio, to tak naprawdę wiodę bardzo normalne życie. A potem wsiadam w prywatny odrzutowiec z Brianem i Rogerem i wkraczam w zupełnie inny świat. Ale uwielbiam obie części mojego życia. Myślę, że balans jest bardzo istotny.

Gdybyś napisał piosenkę „Adam Lambert”, jak ona by brzmiała?

Nie wydaje mi się, że byłbym w stanie napisać coś takiego. Jeżeli już, miałaby w sobie bardzo różnorodne partie, sekcje i harmonie, bo nie wydaje mi się, bym był kimś jednobarwnym czy monotonnym. Byłaby wesoła, potem smutna, następne zabawna, potem trochę leniwa, następnie szybka, zakręcona i nieco sentymentalna. I skończyłaby się bardzo radośnie.

Jest coś, czego żałujesz?

Nie bardzo… Może za dwadzieścia lat wpadnę na pomysł, czego mógłbym żałować, ale teraz… Daj spokój stary! [śmiech]

Rozmawiamy krótko po tragedii w Las Vegas, kiedy to szaleniec zabił z okna hotelowego kilkadziesiąt osób uczestniczących w koncercie. Zamachy towarzyszące wydarzeniom muzycznym zdarzają się niestety coraz częściej. Co czujesz, kiedy widzisz takie obrazki – jako artysta, ale przede wszystkim człowiek?

Czuję się okropnie i bardzo współczuję ofiarom i ich rodzinom. To straszne, że strzela się do osób, które przychodzą na koncert, by być częścią publiczności, wspólnie z obcymi sobie ludźmi śpiewać, cieszyć się i przeżywać wspaniałe emocje. Niewiele jest równie pięknych obrazków i bardzo źle się stało, że ktoś zamienił to w taką tragedię. Lubię myśleć, że na świecie jest o wiele więcej dobrych ludzi niż złych.

A czy prezydent Trump jest dobrym człowiekiem czy złym?

Wybacz, ale nie zamierzam odpowiadać na polityczne pytania w wywiadzie dotyczącym Queen.

Od lat otwarcie mówisz o swoim homoseksualizmie. Czy podejście opinii publicznej do mniejszości seksualnych staje się twoim zdaniem coraz bardziej tolerancyjne? A może przeciwnie, wraz z rozwojem skrajnych ruchów prawicowych, zdecydowanie się pogarsza?

Wierzę, że to się zmienia pozytywnie, ale myślę, iż naprawdę odczujemy to w następnym pokoleniu. Taką mam przynajmniej nadzieję, zwłaszcza kiedy patrzę na młodych ludzi i ich otwartość na świat, nie zawsze oczywistą u ludzi starszych.

Dla mnie ważne jest, by pamiętano, że homoseksualizm jest tylko jedną z części osobowości i dlatego nie powinien ludzi dzielić ani sprawiać, że zaczynają się nienawidzić. Seksualność to nie wszystko, a jedynie kawałek tego, czym jesteśmy. Na pewno nie jest częścią naszego ducha czy duszy. Wydaje mi się, że ludzie zaczynają się dopiero uczyć tego, iż najważniejsze w życiu to być szczęśliwym. No i w ogóle to życie lubić, cokolwiek to znaczy. Coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że w świecie, w którym jest tyle mroku, zła, zgiełku i zawieruchy, są znacznie większe zagrożenia niż to, kto kogo kocha i z kim sypia.

Potrafiłbyś wskazać najpiękniejszą kobietę na świecie?

Znowu zadałeś mi pytanie, na jakie nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. [śmiech] Mnóstwo jest pięknych kobiet, bo one z natury są piękne. To naprawdę wielkie pytanie, którego nikt nigdy mi wcześniej nie zadał, czuję więc sporą presję… Pozwól, że odpowiem ci następnym razem. [śmiech]

Twój trzeci album „The Original High” ukazał się dwa lata temu. Podobno czwarty będzie bardziej eksperymentalny. Co to oznacza?

Nie wiem, czy określenie eksperymentalny jest najtrafniejsze, ale rzeczywiście wiele utworów brzmi inaczej, kierując się ku nieco bardziej alternatywnym brzmieniom i rozbudowanej bazie instrumentalnej… Używam na przykład o wiele więcej gitar niż na moim poprzednim albumie. Nad muzyką pracuję od roku, z różnymi ludźmi, i mam naprawdę wspaniałe piosenki. Perspektywa podzielenia się nimi ze światem bardzo mnie ekscytuje. Już niedługo.

Czujesz, że się rozwijasz?

Nie mam innego wyjścia. Dla mnie bycie artystą jest nieustającym badaniem i odkrywaniem czegoś nowego, sposobem na znalezienie nowych dróg powiedzenia czegoś, co być może już wcześniej się powiedziało albo powiedział ktoś inny. Można oczywiście trzymać się jednego stylu i w wielu przypadkach to się sprawdza, także z punktu widzenia biznesowego – masz swoją markę, ludzie takim ciebie znają i rozpoznają, nie ma co tego zmieniać. Ale ja osobiście zawsze byłem zainspirowany artystami, którzy szli do przodu, rozwijali się i nieustająco robili coś nowego.

Takimi jak Freddie Mercury i cały Queen.

Tak mi się wydaje. Kidy spojrzysz na ich katalog, przekonasz się, że oni zawsze próbowali czegoś nowego i inspirowali się właściwie każdym stylem. Mieli piosenki cięższe i bardziej metalowe, mieli też typowo popowe. W ich muzyce było miejsce na żart, na tajemniczość i agresję, na musicalowość, dramatyzm i teatralność, na smutek i radość. Korzystali z różnych brzmień, zachowując przy tym pełną wiarygodność. I właśnie dlatego byli fantastycznym zespołem.

Który utwór Queen jest najtrudniejszy do zaśpiewania?

Myślę, że to się zmienia w zależności od wieczoru. Na pewno wielkim wyzwaniem są „The Show Must Go On”, „Who Wants to Live Forever”, także bardzo wymagające, i „Another One Bites the Dust”, przez swoją agresywną partię wokalną, która zabiera bardzo dużo energii.

A masz ulubioną piosenkę?

Nie byłbym w stanie wybrać jednej. Kocham je wszystkie!

Jest szansa, że w Łodzi zaprezentujecie także jakieś mniej znane utwory, które nawet Queen z Freddiem Mercurym rzadko grali na koncertach?

Pytasz, czy będą niespodzianki? Gdybym powiedział, przestałyby nimi być. [śmiech] Oczywiście postawimy na największe hity, które tak kochamy grać, a publiczność nie może się bez nich obejść, ale gwarantuję ci, że koncert będzie inny niż każdy poprzedni. Nie tylko dlatego, że lubimy czasem zmienić kolejność utworów lub zagrać jakąś piosenkę inaczej lub nawet sięgnąć po coś mniej oczywistego. Wkładamy wiele czasu i wysiłku w to, żeby nasze koncerty nie tylko brzmiały, ale i wyglądały inaczej – pojawią się więc nowe elementy wizualne, jak światła, scenografia, dekoracje. Dzięki temu koncerty Queen są także dla nas przeżyciem świeżym i ekscytującym.

z onet.pl / Paweł Piotrowicz

Christopher Lambert: „Każdy aktor jest nieśmiertelny”

Co takiego jest w tym „Nieśmiertelnym”, że ludzie wciąż go oglądają?

Powód jest prosty: to bardzo romantyczny film, nie chodzi w nim tylko o akcję. Masz tu głównego bohatera, który żyje od 450 lat i musiał patrzeć na śmierć wszystkich, których kochał. Jak sobie z tym poradzić? Właśnie to mnie zainteresowało, kiedy po raz pierwszy przeczytałem scenariusz.

Akcja jest fajna, a jeśli do tego masz wspaniałą historię, film staje się czymś więcej. Minęło 30 lat i ludzie wciąż oglądają „Nieśmiertelnego”. Myślę, że jego wielkość bierze się też z tego, że opowiada o bolesnej stronie nieśmiertelności, o tym, że ceną za nią jest przeżywanie innych ludzi.

A sam czujesz się „Nieśmiertelny”? W końcu stałeś się legendą, będziesz żył razem z filmem.

Nie. Ale w pewnym sensie każdy aktor jest nieśmiertelny. Możesz oglądać filmy, które zostały nakręcone 100 lat temu. Widzieć na ekranie twarze ludzi, którzy już dawno nie żyją. To jest właśnie nieśmiertelna strona bycia aktorem.

Ile razy oglądałeś „Nieśmiertelnego”?

Ja? Tylko raz, żeby móc rozmawiać z prasą. Nie lubię oglądać siebie na ekranie. To jak słuchanie swojego nagranego głosu. Zawsze wydaje ci się, że słyszysz kogoś innego.

Pamiętasz, co myślałeś po seansie?

Że wizja Russella Mulcahy jest niezwykła. Nawet dzisiaj tylko kilku reżyserów ma to, co Russell miał wtedy: niesamowitą wizję. Dzięki niej ten film wciąż wyprzedza czas.

Ulubiona scena z filmu?

Lubię wszystkie te, które przeplatają lata 80. ze średniowieczem. Zawsze mi się podobały, zwłaszcza ta z akwarium.

A jak wyglądała praca nad teledyskiem do „Princes of the Universe”? Byłeś na scenie z Queen.

To było niezwykłe. Malutki, prywatny koncert dla ekipy, która składała się z 15 osób.

Plotka głosi, że nie umiałeś mówić po angielsku, kiedy dostałeś rolę Connora w „Nieśmiertelnym”.

Nieprawda. Nauczyłem się angielskiego przed „Greystoke”. Ale przed „Nieśmiertelnym” musiałem popracować nad moim szkockim akcentem, bo Connor jest Szkotem. A potem próbowałem znaleźć specjalny akcent dla tej postaci. W końcu żył przez setki lat, podróżował po całym świecie. Nie mógł być Amerykaninem, nie mógł być Francuzem. Mówi z akcentem środkowoatlantyckim.

Jest „z wielu różnych miejsc”.

Właśnie tak. Jak ja. Urodziłem się w USA, wychowałem w Szwajcarii, bywałem i w Londynie, i w Stanach Zjednoczonych, a żyję we Francji. Ja też stworzyłem swój własny akcent. I tak jak Connor nie umiem odpowiedzieć na pytanie: „skąd jesteś?”.

Sean Connery jest Szkotem. Pomagał ci w pracy nad akcentem?

Tak, kilka razy rzucił jakąś uwagę.

A jak było z „Nieśmiertelnym II”? To okropny sequel. Dlaczego zgodziłeś się w nim zagrać?

Bo podpisałem kontrakt na dwa filmy. Dostałem scenariusz, który nie miał nic wspólnego z pierwszą częścią. I musiałem w tym zagrać. W czasie promocji filmu, mówiłem ludziom: jeśli liczycie na sequel „Nieśmiertelnego”, nie oglądajcie tego filmu. Producenci pytali mnie wtedy, czy zwariowałem. Powiedziałem, że nie zamierzam okłamywać widzów. „Nieśmiertalny II” nie miał nic wspólnego z oryginałem. Trzecia część to już bardziej sequel „jedynki”.

Czułeś się w potrzasku jako aktor po „Nieśmiertelnym”?

Nie. Miałem szczęście, że mogłem grać w filmach. Czasami amerykańskich, czasami francuskich, czasami włoskich. „Nieśmiertelny” zapisał się w pamięci widzów pewnie bardziej niż inne moje filmy. Ale zrobiłem ich mnóstwo. W lutym skończyłem pracę nad moim nowym filmem z Julianne Moore, „Bel Canto”. Gram w nim francuskiego ambasadora.

co byś powiedział na remake „Nieśmiertelnego”?

Minęło tyle lat. Jeśli chcą zrobić dokładnie ten sam film, to nie jestem zainteresowany. „Nieśmiertelny” wciąż przyciąga ludzi. Jaki jest sens w robieniu go od nowa? Jeśli coś jest uwielbiane przez miliony ludzi na całym świecie, to nie ruszasz tego i już. Tak jak „Łowcy androidów”. Dla mnie to arcydzieło. Po co je ruszają?

Bo chcą znowu zarobić.

Nie dotknę znowu „Nieśmiertelnego”, chyba że to będzie niesamowity scenariusz. Zobacz, co zrobili z „Obcym”.

z http://cojestgrane24.wyborcza.pl

Queen On Air – 4 listopada

4 listopada ukaże się zestaw Queen: on Air zawierający zapis dla radia BBC.

Wersje  2CD:

CD1 - Session 1: 1. My Fairy King 2. Keep Yourself Alive 3. Doing All Right 4. Liar / Session 2: 5. See What A Fool I’ve Been 6. Keep Yourself Alive 7. Liar 8. Son And Daughter / Session 3: 9. Ogre Battle 10. Modern Times Rock’n’Roll 11. Great King Rat 12. Son And Daughter

CD2 - Session 4: 1. Modern Times Rock’n’Roll  2. Nevermore 3. White Queen (As It Began) / Session 5: 4. Now I’m Here  5. Stone Cold Crazy  6. Flick Of The Wrist  7. Tenement Funster / Session 6: 8. We Will Rock You  9. We Will Rock You (Fast)  10. Spread Your Wings  11. It’s Late  12. My Melancholy Blues

Wersja 3LP:

Side 1 – Session 1: 1. My Fairy King  2. Keep Yourself Alive  3. Doing All Right  4. Liar

Side 2 –Session 2: 1. See What A Fool I’ve Been  2. Keep Yourself Alive  3. Liar  4. Son And Daughter

Side 3 – Session 3: 1. Ogre Battle  2. Modern Times Rock’n’Roll 3. Great King Rat  4. Son And Daughter

Side 4 – Session 4: 1. Modern Times Rock’n’Roll  2. Nevermore  3. White Queen (As It Began)

Side 5 – Session 5: 1. Now I’m Here  2. Stone Cold Crazy  3. Flick Of The Wrist  4. Tenement Funster

Side 6 – Session 6: 1. We Will Rock You  2. We Will Rock You (Fast)  3. Spread Your Wings  4. It’s Late  5. My Melancholy Blues

6CD

Sesje BBC plus wywiady i koncerty oraz książeczka 36 str.

CD3: Queen Live On Air

Golders Green Hippodrome, London, 13th September 1973: 1. Procession (Intro Tape)  2. Father To Son  3. Son And Daughter  4. Guitar Solo  5. Son And Daughter (Reprise)  6. Ogre Battle 7. Liar  8. Jailhouse Rock

Estádio Do Morumbi, São Paulo, Brazil, 20th March 1981:9. Intro  10. We Will Rock You (Fast)  11. Let Me Entertain You 12. I’m In Love With My Car  13. Alright Alright  14. Dragon Attack  15. Now I’m Here  16. Love Of My Life

Maimmarktgelände, Mannheim, Germany, 21st June 1986: 17. A Kind Of Magic  18. Vocal Improvisation  19. Under Pressure 20. Is This The World We Created  21. (You’re So Square) Baby I Don’t Care  22. Hello Mary Lou  (Goodbye Heart) 23. Crazy Little Thing Called Love  24. God Save The Queen

CD4: Queen On Air: The Interviews (1976-1980)

Freddie Mercury With Kenny Everett (November 1976) / Queen with Tom Browne (Christmas 1977) / Roger Taylor with Richard Skinner (June 1979) / Roger Taylor with Tommy Vance (December 1980) / Roy Thomas Baker ‘The Record Producers’

CD5: Queen On Air: The Interviews: (1981-1986) 

John Deacon, South American tour (March 1981) / Brian May ‘Rock On’ with John Tobler (June 1982) / Brian May ‘Saturday Live’ with Richard Skinner and Andy Foster (March 1984) / Freddie Mercury ‘Newsbeat’ (August 1984) / Brian May ‘Newsbeat’ (September 1984) / Freddie Mercury ‘Saturday Live’ (September 1984) / Freddie Mercury with Simon Bates (April 1985) / Brian May ‘The Way It Is’ with David ‘Kid’ Jensen (July 1986)

CD 6: Queen On Air: The Interviews (1986-1992) 

Roger Taylor ‘My Top Ten’ with Andy Peebles (May 1986) / ‘Queen For An Hour’ with Mike Read (May 1989) / Brian May ‘Freddie And Too Much Love Will Kill You’ with Simon Bates (August 1982) / Brian May ‘Freddie Mercury Tribute Concert’ with Johnnie Walker (October 1992)

Wywiad z Sariną Taylor

Wywiad z Sarina Taylor na temat bycia producentem filmu i aktorką w jednej produkcji.

Queen+Adam Lambert w RMF FM

We Wtorek od godz.20 w RMF FM będzie rządził Queen. Tylko u Darka Maciborka ekskluzywny wywiad z Brianem Mayem i Adamem Lambertem tuż przed wielkim koncertem Queen+Adam Lambert w Polsce! Gwiazdy polskiej sceny muzycznej, zaśpiewają największe hity tego legendarnego zespołu: po śląsku, góralsku i kaszubsku! A poza tym wyjątkowe aranżacje i oryginalne wykonania np. Queen z Michaelem Jacksonem, który został opublikowany dopiero w 2014 roku na albumie „Queen Forever”.
A do wygrania bilety na koncert Queen+Adam Lambert w Krakowie!

Brian May: „Możemy sprawić, by Freddie i John znów byli z nami”

Spędziliśmy sporą część swojego życia opierając się temu, mówiąc, że nie chcemy już tego robić. Zwłaszcza po tym jak straciliśmy Freddiego. Przez długi okres czasu ja i Roger (Taylor, perkusista Queen – przyp. red.) w ogóle nie chcieliśmy rozmawiać na ten temat. To był koniec. To była ta część naszego życia, która już była za nami – teraz byliśmy już po prostu odrębnymi osobami i tak dalej – mówił w wywiadzie udzielonym brytyjskiemu Classic Rock Magazine Brian May, gitarzysta Queen.

Możemy, sprawić by Freddie i John znów byli z nami, choć oczywiście technicznie rzecz biorąc, żadnego z nich nie ma z nami na scenie. Są z nami duchem i publiczność może ich zobaczyć jako część naszego występu - twierdzi gitarzysta. No i jest też ten gość Adam Lambert, który pojawił się nagle znikąd. Muszę powiedzieć, że w ogóle nie szukaliśmy nowego wokalisty. Szczerze mówiąc myślałem, że już raczej wystarczająco długo się tym zajmowaliśmy. I wiesz, ja mam swoje życie, mam tyle pasji, za którymi mogę podążać. Nagle jednak zjawia się facet, który doskonale czuje klimat, nie próbując przy tym być Freddiem. Ma bardzo podobne podejście do tematu – jest showmanem, jest zabawny w naturalny sposób… Ma niesamowitą skalę głosu i wspaniałą ekspresję, jako wokalista.

z cgm.pl


  • RSS
  • Facebook
  • YouTube
  • Last.fm