Teraz Rock

W grudniowym numerze Teraz Rocka relacja z koncertu Q+AL w Łodzi, recenzja porównawcza The Miracle.

Nowa płyta „Queen Forever”: Freddie Mercury i Michael Jackson na zawsze z nami

Na „Queen Forever” fani wreszcie mogą usłyszeć nagrany trzy dekady temu duet Mercury’ego i Jacksona. Czy to wystarczy, aby ten album był wydarzeniem?

Z dużej chmury mały deszcz. Tak można określić to, co się działo wokół tej płyty.

Miał być nowy album Queen. Gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor zapowiadali dzieło na miarę „Made In Heaven” z 1995 r. Tamten album zawierał materiał, który wokalista Freddie Mercury nagrał z towarzyszeniem fortepianu. Poważnie już chory na AIDS Freddie dał kolegom wskazówki dotyczące brzmienia końcowych wersji utworów. Zgodnie z nimi zespół dograł resztę instrumentów. „Made In Heaven” tylko w Wielkiej Brytanii cztery razy pokryło się platyną, na całym świecie płyta rozeszła się w nakładzie 20 mln egzemplarzy.

Dlatego informacja, że May i Taylor wracają do piosenek z lat 80., zelektryzowała fanów. Nie chodziło co prawda o materiał zrealizowany jako całość z myślą o nowej płycie, ale i tak brzmiało to ciekawie. W dodatku muzycy przebąkiwali, że obok starych piosenek z Freddiem na płytę mogą wejść nowe numery śpiewane przez młodego Adama Lamberta, z którym w ostatnich latach koncertowali. Ten ryzykowny ruch bez wątpienia podzieliłby fanów, ale też zrobił z „Queen Forever” jedno z najgoręcej dyskutowanych wydawnictw jesieni.

Potem napięcie zaczęło opadać. Okazało się, że panowie myślą raczej o kompilacji, której stare, nieznane utwory Queen byłyby tylko częścią. Mowa była o pięciu piosenkach, stanęło na trzech. – Większość stanowić będą utwory z lat 80., gdy byliśmy na topie. Wielkie ballady z epickim brzmieniem – zapowiadał May, ale i to się nie sprawdziło. Na „Queen Forever” można znaleźć znane piosenki Queen z lat 70., 80. i 90. Zaplątały się nawet dwie z „Made In Heaven”.

Rola prawdziwych atrakcji przypada więc trzem nieznanym numerom. Tylko że nie są to autentyczne premiery. „Let Me In Your Heart Again” w 1988 r. znalazła się na solowej płycie żony Maya Anity Dobson. Queen nagrali ją pięć lat wcześniej podczas sesji do „The Works”. To typowa dla tej grupy piosenka utrzymana w średnim tempie – momentami dość rockowa, momentami bombastyczna, ubarwiona charakterystycznymi harmoniami wokalnymi i wyrazistą interpretacją Freddiego. „Love Kills” fani znają jako pierwsze solowe nagranie Mercury’ego, zrealizowane w 1984 r. na potrzeby nowej wersji słynnego filmu „Metropolis” Fritza Langa. Wtedy dynamiczny, dyskotekowy numer – na „Queen Forever” zmienia się w dostojną balladę.

Prawdziwą perełką jest ostatni ze starych-nowych utworów. Też już w sumie znany – w 1985 r. wszedł na solową płytę Mercury’ego – „Mr Bad Guy”. Na „Queen Forever” znalazła się wersja z 1981 r., gdy Queen nagrywali „Hot Space”. Poddana producenckiej obróbce przez Williama Orbita, podniosła, emocjonalna, trochę musicalowo zaaranżowana ballada zachowała wiele ze znanej wersji. Tyle że w drugiej zwrotce słyszymy rozwibrowany głos Michaela Jacksona. Krążyły już rozmaite, nie do końca profesjonalnie zrealizowane wersje tego utworu, nawet taka, w której głosy wokalistów były na siebie nałożone. Teraz fani otrzymują porządnie skrojony i zaaranżowany efekt współpracy Freddiego i Michaela.

Czy jednak „Queen Forever” nabiera przez to szczególnego znaczenia? Dla zagorzałych fanów to na pewno rarytas. Ale jako całość płytę łatwo umieścić gdzieś między udanym materiałem na gwiazdkowy prezent (listopadowy termin premiery to pewnie nie przypadek) a skokiem na kasę, w jakim wyspecjalizowały się ostatnio wielkie wytwórnie płytowe.

Światowe koncerny, które niedawno trzęsły rynkiem fonograficznym, dziś, w czasach cyfrowej dystrybucji muzyki i serwisów streamingowych, przypominają kolosy na glinianych nogach. Ale wciąż mają prawa do katalogów nagrań gwiazd z minionych dekad. Opakowane na nowo klasyczne pozycje zawsze znajdą nabywców. Fani w średnim wieku wciąż są lojalni wobec gwiazd swojej młodości, a nawet najlepiej znany tytuł wydany w formie deluxe będzie dla nich fajnym gadżetem.

W pozycjach typu „Queen Forever” ujawnia się jednak coś znacznie ważniejszego niż tylko aspekt komercyjny – tęsknota współczesnej popkultury za porządkiem sprzed lat. W tamtym świecie gwiazdy świeciły pełnym blaskiem, a ich sława trwała nawet kilka dekad.

Dzisiejszą scenę charakteryzuje ogromna dynamika i zmienność, a artyści osiągający gwiazdorską pozycję rzadko okazują się postaciami na miarę dawnych idoli. Utrudnia im to zresztą rzeczywistość zdominowana przez cyfrowe media, które błyskawicznie mielą kolejne trendy i reprezentujących je artystów. Nieustannie dostarczając gigabajtów zdjęć, filmów, tekstów wrzucanych na Facebooka czy Twittera, odzierają artystów z magii, która towarzyszyła wykonawcom pop z lat 70. czy 80.

Mercury czy Jackson dla swoich dorosłych dziś fanów są wspomnieniem młodości, ale pozostają też mitem. Równocześnie są jednak mitem współczesnej popkultury – wyrazem ponadpokoleniowej nostalgii za czasami, w których takie kariery, konstruujące tak silne legendy i windujące popularność do tak wielkiego poziomu jak w przypadku Mercury’ego czy Jacksona, były w ogóle możliwe.

Taka nostalgia stanowi bazę dużo poważniejszą niż zwykły sentyment fanów. Brian May pierwotnie zapowiadał, że na „Queen Forever” wejdą dwie piosenki śpiewane wspólnie przez Freddiego i Michaela. Skończyło się na jednej. A druga? Gitarzysta nie wymienił tytułu, można snuć domysły. Była przecież jeszcze pierwotna wersja numeru „State Of Shock”. Nad utworem wydanym w 1984 r. przez The Jacksons z Mickiem Jaggerem pracował początkowo Mercury. Była też piosenka „Victory”, kolejne wspólne dzieło Jacksona i frontmana Queen z pierwszej połowy lat 80. W archiwach na pewno coś jeszcze się znajdzie. „Queen Forever” doczeka się następców.

z gazeta.pl / w wersji papierowej Gazety Wyborczej 24.11

„Live at The Rainbow ’74″ – recenzja płyty

13 lipca 1985 roku odbyły się dwa przełomowe koncerty nazwane Live Aid. W dwóch miastach (Filadelfia oraz Londyn) wiele gwiazd rocka zagrało dla (łącznie) 1.5 miliarda ludzi z ponad 100 krajów. Było to wielkie wydarzenie charytatywne, jednak był to także moment chwały wielu zespołów. W tym dla grupy Queen, której występ na Live Aid został uznany za najlepszy koncert rockowy w historii. Zanim jednak nastąpiło rzeczywiste koronowanie Królowej muzycy z tego zespołu mieli naprawdę długą drogę do przejścia – ich pierwsze albumy, mimo że przyjemne, nie zrobiły furory wśród fanów.

Odmienić to miał ważny w historii Queen koncert w Londyńskim The Rainbow w listopadzie 1974 roku. Było to ikoniczne miejsce, na dodatek dość spore (3000 miejsc, wszystkie tego dnia były wyprzedane). Rok po tym wydarzeniu Freddie Mercury i spółka nagrali kawałek zatytułowany „Bohemian Rhapsody”, którym podbili świat. Teraz, po 40 latach od tego wydarzenia, dostaliśmy możliwość zapoznania się z tym występem – do sklepów trafił bowiem album „Live at The Rainbow ‘74”. Jak więc prezentował się Queen przed zdobyciem międzynarodowej popularności?

W skład tego krążka wchodzi 24 utworów, prawie półtorej godziny świadectwa formy i jakości zespołu pod koniec 1974 roku. W listopadzie tego roku zespół miał na koncie już trzy krążki, a także swoje pierwsze większe hity („Killer Queen”), było więc już czym zapełnić setlistę. Spośród zagranych piosenek wymienić można m.in. „Son And Daughter” z debiutu, „Ogre Battle czy Seven Seas of Rhye” z drugiego albumu czy też wspomniane już „Killer Queen” z trzeciego krążka formacji. Ludzie obeznani z dyskografią zespołu wiedzą doskonale, że nie są to wcale najlepsze dzieła Królowej (chociaż nikt nie zaprzeczy, że bardzo przyjemne). Tym bardziej byłem zdziwiony jak dobra jest to płyta!

„Live at The Rainbow” wsysa słuchacza w pierwszych sekundach od rozpoczęcia i oddaje go światu dopiero po końcowych akordach i taktach: zadowolonego, naładowanego energią i dobrą muzyką. Queen na żywo to prawdziwa petarda i tutaj widać to jak na dłoni. Kolejne numery grane są z zaangażowaniem, werwą i techniczną precyzją, Freddie szaleje na scenie jako wybitny wokalista i znakomity frontman, a Brian May wdzięcznie popisuje się swoimi możliwościami.

Co pomaga wszystkim tym piosenkom to relatywnie niewielka scena i kameralna atmosfera koncertu. Większość ludzi zna zespół Queen z wielkich, ogromnych koncertów („Live at Wembley”, by daleko nie szukać). Są to znakomite występy i świetnie przemyślane show, ale to właśnie w bardziej klubowej atmosferze docenić można prawdziwą wirtuozerie muzyków. Najbardziej na tym wszystkim zyskał wokal Freddie’go – trudno w to uwierzyć, ale tutaj jest jeszcze lepszy, bardziej precyzyjny i efektowny. Dużo zyskała także gitara May’a, która ma w każdym utworze wywalczone należne jej miejsce i pokazuje na co ją stać.

Co ważne piosenki dobrane są tak, by nie zanudzić słuchacza. Utwory wolniejsze, takie jak np. „White Queen (As It Began)” przeplatają się zgrabnie z szybkimi kawałkami („Keep Yourself Alive”), przez co energia cały czas utrzymuje się na optymalnym poziomie. Muzycy ewidentnie czuli się tego dnia i w tym miejscu świetnie – i to po prostu czuć.

To, co również zaskakuje (także pozytywnie), to relatywnie dobra jakość nagrania audio. Mając w pamięci takie dźwiękowe (nie artystyczne!) potworki jak „Alive!” Kiss czy koncertówka Led Zeppelin dołączana do remasteru „Led Zeppelin I” spodziewałem się raczej brzmienia łazienkowego: pełnego odbić, echa, niewyraźnego i po prostu słabego. Tymczasem „Live at The Rainbow ‘74” brzmi po prostu bardzo fajnie. Nie jest to nic specjalnego – pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, nawet z najlepszymi ludźmi od masteringu, jednak to co wypływa z naszych kolumn/słuchawek jest jak najbardziej zadowalające.

Dźwięk jest bowiem nieźle nasycony i ciepławo podbarwiony, znakomicie wypada wokal Freddiego (jest on tutaj naprawdę DUŻY) oraz Biran May ze swoją gitarą. Nieco gorzej rysuje się sytuacja w sekcji rytmicznej: perkusja brzmi niewystarczająco mocno, a bas jest tylko „buczącym” tłem.  Nie przeszkadza to jednak w odbiorze muzyki – tym bardziej, że spodziewałem się czegoś dużo gorszego.

Zespół Queen postarał się także w kwestii sposobów wydania tej płyty. Bo jest ich kilka i wszystkie są ciekawymi propozycjami. „Live at The Rainbow ‘74” nabyć więc można na  DVD, BRD, CD, winylu (w dwóch wersjach – zwykłej oraz „Deluxe”) oraz jako dwa boksy – winylowy (4 czarne płyty) oraz „Super Deluxe Box Set” (unboxing tego pudła już jutro na MttP). Jak widać każdy znajdzie coś dla siebie pod względem potrzeb i kosztów.

Obcowanie z „Live at The Rainbow ‘74” to przeżycie na poły mistyczne. Obserwujemy tutaj bowiem bogów rocka przed wyniesieniem ich na muzyczny Olimp. Są młodzi, niedoświadczeni, ale pełni zapału i energii. Krążek ten (niezależnie czy z zapisem wideo, czy też z samym audio) to absolutny must heave dla każdego fana i miłośnika Queen. Jest to także dobra propozycja dla ludzi, którzy tęsknią za dobrym klasycznym rockiem – tego typu grania jest tutaj naprawdę dużo i jest ono zdecydowanie godne polecenia!

Bartosz Pacuła

z http://musictothepeople.pl/

Recenzja Rainbow – Onet

Porzućmy na chwilę poprawność polityczną i powiedzmy sobie szczerze: Freddie Mercury w obcisłych rajtuzach, z obnażoną piersią i czarnymi wąsami, paradujący po scenie z mikrofonem niczym z obnażonym fallusem, wyglądał groteskowo. Gejowski szyk nigdy nie służył rockowemu image’owi. Dlatego znacznie lepiej wokalista Queen wypadał na początku kariery – kiedy jego homoseksualne ciągoty nie były aż tak widoczne.

Dowodem na to jest wydany właśnie na płytach CD i DVD koncert z 1974 roku. Queen byli wtedy jeszcze przed swymi największymi sukcesami – wydali dopiero dwa albumy, mieli w dorobku zaledwie jeden, zupełnie dziś nieznany przebój – „Seven Seas Of Rhye”. I wtedy trafiła im się naprawdę wielka gratka – możliwość zagrania w londyńskiej sali Rainbow, jednym z najbardziej prestiżowych miejsc koncertowych na świecie w tamtym czasie. Wielu przyjaciół odradzało muzykom ten występ, wszak przecież do niedawna grali w małych pubach. Mercury z kolegami postanowili jednak podjąć ryzyko – i wygrali!

Oczywiście, słychać w nagraniach, które trafiły na album, że nadal mamy do czynienia z zespołem, który dopiero się rozpędza. Ale to dobrze – bo jest w ich brzmieniu młodzieńcza energia, klubowa surowość, naturalna dzikość. Queen daleki był wtedy od wykonawczej perfekcji, jeszcze nie stworzył „Bohemian Rhapsody”, a o „Radio Ga Ga” nawet mu się nie śniło. Dlatego grają ostro i czadowo, lokując się nawet bliżej hard rocka niż prog-rocka.

Potężne riffy gitar uzupełniane masywnymi bębnami stanowią idealny kontrapunkt dla bogatej warstwy wokalnej – ekspresyjnego głosu Mercury’ego i zespołowych chórków. „Now I’m Here”, „Ogre Battle” , „Killer Queen”, „Seven Seas Of Rhye” i „Stone Cold Crazy” to najbardziej porywające momenty show. Świetnie wypada też końcówka – bo najpierw rozbrzmiewa dynamiczny „Modern Times Rock’n'Roll”, potem klasyczny „Jailhouse Rock” i wreszcie na finał wieńczący od wtedy na zawsze występy grupy „God Save The Queen”.

Na płycie DVD można zobaczyć, że muzycy z Queen hołdowali wtedy modzie łączącej glamową ekstrawagancję z progresywną teatralnością. Mimo to, ich image był jeszcze męski, szorstki, bliski temu, jak w tamtym czasie nosili się młodzi ludzie na ulicach Londynu czy Manchesteru. Mercury, choć wymalowany i już z obnażoną piersią, tryska ciągle zmysłowym testosteronem. My wiemy jednak, że wszystko to ulegnie z czasem radykalnej zmianie, która niestety zajdzie zdecydowanie za daleko. (8/10)


  • RSS
  • Facebook
  • YouTube
  • Last.fm