Wino Queen Millionaire Waltz Malbec

Obok wódki pojawi się na rynku czerwone, argentyńskie wino Millionaire Waltz Malbec o mocy 14,5%, rocznik 2013. Cena za butelkę 10 funtów.

„Live at The Rainbow ’74″ – recenzja płyty

13 lipca 1985 roku odbyły się dwa przełomowe koncerty nazwane Live Aid. W dwóch miastach (Filadelfia oraz Londyn) wiele gwiazd rocka zagrało dla (łącznie) 1.5 miliarda ludzi z ponad 100 krajów. Było to wielkie wydarzenie charytatywne, jednak był to także moment chwały wielu zespołów. W tym dla grupy Queen, której występ na Live Aid został uznany za najlepszy koncert rockowy w historii. Zanim jednak nastąpiło rzeczywiste koronowanie Królowej muzycy z tego zespołu mieli naprawdę długą drogę do przejścia – ich pierwsze albumy, mimo że przyjemne, nie zrobiły furory wśród fanów.

Odmienić to miał ważny w historii Queen koncert w Londyńskim The Rainbow w listopadzie 1974 roku. Było to ikoniczne miejsce, na dodatek dość spore (3000 miejsc, wszystkie tego dnia były wyprzedane). Rok po tym wydarzeniu Freddie Mercury i spółka nagrali kawałek zatytułowany „Bohemian Rhapsody”, którym podbili świat. Teraz, po 40 latach od tego wydarzenia, dostaliśmy możliwość zapoznania się z tym występem – do sklepów trafił bowiem album „Live at The Rainbow ‘74”. Jak więc prezentował się Queen przed zdobyciem międzynarodowej popularności?

W skład tego krążka wchodzi 24 utworów, prawie półtorej godziny świadectwa formy i jakości zespołu pod koniec 1974 roku. W listopadzie tego roku zespół miał na koncie już trzy krążki, a także swoje pierwsze większe hity („Killer Queen”), było więc już czym zapełnić setlistę. Spośród zagranych piosenek wymienić można m.in. „Son And Daughter” z debiutu, „Ogre Battle czy Seven Seas of Rhye” z drugiego albumu czy też wspomniane już „Killer Queen” z trzeciego krążka formacji. Ludzie obeznani z dyskografią zespołu wiedzą doskonale, że nie są to wcale najlepsze dzieła Królowej (chociaż nikt nie zaprzeczy, że bardzo przyjemne). Tym bardziej byłem zdziwiony jak dobra jest to płyta!

„Live at The Rainbow” wsysa słuchacza w pierwszych sekundach od rozpoczęcia i oddaje go światu dopiero po końcowych akordach i taktach: zadowolonego, naładowanego energią i dobrą muzyką. Queen na żywo to prawdziwa petarda i tutaj widać to jak na dłoni. Kolejne numery grane są z zaangażowaniem, werwą i techniczną precyzją, Freddie szaleje na scenie jako wybitny wokalista i znakomity frontman, a Brian May wdzięcznie popisuje się swoimi możliwościami.

Co pomaga wszystkim tym piosenkom to relatywnie niewielka scena i kameralna atmosfera koncertu. Większość ludzi zna zespół Queen z wielkich, ogromnych koncertów („Live at Wembley”, by daleko nie szukać). Są to znakomite występy i świetnie przemyślane show, ale to właśnie w bardziej klubowej atmosferze docenić można prawdziwą wirtuozerie muzyków. Najbardziej na tym wszystkim zyskał wokal Freddie’go – trudno w to uwierzyć, ale tutaj jest jeszcze lepszy, bardziej precyzyjny i efektowny. Dużo zyskała także gitara May’a, która ma w każdym utworze wywalczone należne jej miejsce i pokazuje na co ją stać.

Co ważne piosenki dobrane są tak, by nie zanudzić słuchacza. Utwory wolniejsze, takie jak np. „White Queen (As It Began)” przeplatają się zgrabnie z szybkimi kawałkami („Keep Yourself Alive”), przez co energia cały czas utrzymuje się na optymalnym poziomie. Muzycy ewidentnie czuli się tego dnia i w tym miejscu świetnie – i to po prostu czuć.

To, co również zaskakuje (także pozytywnie), to relatywnie dobra jakość nagrania audio. Mając w pamięci takie dźwiękowe (nie artystyczne!) potworki jak „Alive!” Kiss czy koncertówka Led Zeppelin dołączana do remasteru „Led Zeppelin I” spodziewałem się raczej brzmienia łazienkowego: pełnego odbić, echa, niewyraźnego i po prostu słabego. Tymczasem „Live at The Rainbow ‘74” brzmi po prostu bardzo fajnie. Nie jest to nic specjalnego – pewnych rzeczy nie da się przeskoczyć, nawet z najlepszymi ludźmi od masteringu, jednak to co wypływa z naszych kolumn/słuchawek jest jak najbardziej zadowalające.

Dźwięk jest bowiem nieźle nasycony i ciepławo podbarwiony, znakomicie wypada wokal Freddiego (jest on tutaj naprawdę DUŻY) oraz Biran May ze swoją gitarą. Nieco gorzej rysuje się sytuacja w sekcji rytmicznej: perkusja brzmi niewystarczająco mocno, a bas jest tylko „buczącym” tłem.  Nie przeszkadza to jednak w odbiorze muzyki – tym bardziej, że spodziewałem się czegoś dużo gorszego.

Zespół Queen postarał się także w kwestii sposobów wydania tej płyty. Bo jest ich kilka i wszystkie są ciekawymi propozycjami. „Live at The Rainbow ‘74” nabyć więc można na  DVD, BRD, CD, winylu (w dwóch wersjach – zwykłej oraz „Deluxe”) oraz jako dwa boksy – winylowy (4 czarne płyty) oraz „Super Deluxe Box Set” (unboxing tego pudła już jutro na MttP). Jak widać każdy znajdzie coś dla siebie pod względem potrzeb i kosztów.

Obcowanie z „Live at The Rainbow ‘74” to przeżycie na poły mistyczne. Obserwujemy tutaj bowiem bogów rocka przed wyniesieniem ich na muzyczny Olimp. Są młodzi, niedoświadczeni, ale pełni zapału i energii. Krążek ten (niezależnie czy z zapisem wideo, czy też z samym audio) to absolutny must heave dla każdego fana i miłośnika Queen. Jest to także dobra propozycja dla ludzi, którzy tęsknią za dobrym klasycznym rockiem – tego typu grania jest tutaj naprawdę dużo i jest ono zdecydowanie godne polecenia!

Bartosz Pacuła

z http://musictothepeople.pl/

Panic! at the Disco i Queen

Zespół Panic! At The Disco na swojej trasie koncertowej wykonuje pełną wersje Bohemian Rhapsody.

Kalendarze Queen na 2015

Oficjalny kalendarz Queen z motywami Rock Montreal

Kalendarz bez licencji

Wódka Killer Queen

17 września w oficjalnym sklepie Queen będzie dostępna wódka Killer Queen wyprodukowana w ramach świętowania 40-lecia wydania singla Killer Queen. Wódkę wyprodukuje łotewska wytwórnia Stoli.

Queen. Królowa wstępuje na tron

- Nie zamierzam być gwiazdą. Ja chcę być legendą – mawiał o sobie Freddie Mercury. Reedycja nagranego nieomal równo 40 lat temu koncertu w londyńskiej sali Rainbow Theatre chwyta moment, w którym razem ze swoją grupą Queen zaczął realizować ten plan

W budynku stojącym na rogu Isledon Road i Seven Sisters Road trudno dziś dostrzec dawny majestat jednej z najbardziej imponujących budowli międzywojennego Londynu. To przede wszystkim wina wybudowanego po drugiej stronie ulicy pokrytego pstrokatą elewacją współczesnego akademika, który zdecydowanie góruje nad niską zabudową całej okolicy. Ale i bez tego sąsiedztwa nie od razu łatwo zachwycić się urodą, jak i odgadnąć pierwotne przeznaczenie jasnoszarej modernistycznej bryły, która wyrasta tu od lat 30. wśród typowych dla okolic stacji metra Finsbury Park niepozornych dwupiętrowych domów. Dziś mieści się tu główna brytyjska siedziba Uniwersalnego Kościoła Królestwa Bożego, kontrowersyjnego odłamu protestantyzmu wywodzącego się z Brazylii. Odpucowany na połysk budynek ozdabia duże czerwono-białe logo kościelnej organizacji, nad wejściem wisi sporych rozmiarów napis „Welcome”. Wewnątrz działa między innymi centrum pomocy oraz świątynia, w której odbywają się regularne nabożeństwa.

Nie trzeba jednak przyglądać się specjalnie uważnie, aby domyślić się, że kiedyś ta budowla musiała pełnić inne funkcje. Choć też miały one coś wspólnego z dużymi zgromadzeniami. Te liczne drzwi prowadzące do środka, ten charakterystyczny daszek chroniący przestrzeń nad samym wejściem, w końcu piętrzący się nad nim płaski front, zaprojektowany jakby z myślą o eksponowaniu w tym miejscu wielkoformatowych plakatów – zanim zainstalowali się tu brazylijscy protestanci, w tych ścianach mieściło się kino. I to nie byle jakie kino. W latach 30., gdy oddawano je do użytku, uchodziło za jedno z najnowocześniejszych i największych na świecie – jednorazowo mogło tu zasiąść na widowni nieco ponad 3000 widzów.

Działało początkowo pod nazwą Astoria Theatre, potem jako Odeon. Filmy wyświetlano tu do początku lat 70. Ale jeszcze w poprzedniej dekadzie coraz częściej występowali tu muzycy rockowi. Poza ekranem Astoria miała też całkiem sporą, szeroką na 20 metrów scenę. W 1967 roku to tutaj Jimi Hendrix podczas swojego występu po raz pierwszy podpalił gitarę. Poparzył przy okazji palce i wylądował na ostrym dyżurze. Rok później The Beach Boys nagrali tutaj koncertowy album „Live In London”.

Prawdziwa muzyczna historia budynku zaczęła się jednak w 1971. Zamknięte rok wcześniej kino przemianowane zostało na Rainbow Theatre i oddane we władanie wyłącznie muzycznemu show-biznesowi. Nowy lokal chrzest bojowy przeszedł na początku listopada 1971, gdy na otwarcie zagrali w nim The Who. – We were the first band to vomit in the bar/And find the distance to the stage too far – opisywał później ten wieczór gitarzysta kapeli Pete Townshend w piosence „Long Live Rock”. W następnych latach Pink Floyd ogrywali tu na żywo materiał, który trafił potem na album „Dark Side Of The Moon”, Yes kręcili zdjęcia do koncertowego filmu „Yessongs”, Eric Clapton nagrywał album koncertowy, występowali Van Morrison i Genesis.

Przy całej tej galerii gwiazd 1974 w Rainbow należał tylko do jednej kapeli – Queen. Zespół zagrał tego roku w londyńskiej sali trzy razy. Ale były to trzy zupełnie inne koncerty. Ten pierwszy odbył się w marcu. Kończył trasę promującą płytę „Queen II” i powszechnie uważany był przez krytyków i sporą część publiczności za przedsięwzięcie mocno ryzykowne. Queen mieli już co prawda na koncie pierwsze wymierne sukcesy. Chwilę temu ich piosenka „Seven Seas Of Rhye” wskoczyła na listy przebojów, stając się pierwszym hitem w historii grupy. Ale i tak formacja wciąż pozostawała zespołem na dorobku. Gitarzysta Brian May nie mógł pozwolić sobie na zakup porządnego instrumentu, stale grał na zrobionej przez siebie gitarze, do budowy której wykorzystał między innymi fragmenty z drewnianej obudowy kominka. A zamiast kupowanych w sklepie kostek do uderzania w struny używał sześciopensowej monety. Jeszcze chwilę wcześniej nic nie wskazywało na to, że Queen stanie się jednym z największych fenomenów rockowej sceny. Płytowy debiut grupy spotkał się z przytłaczającą obojętnością brytyjskiej prasy muzycznej. „New Musical Express” w osobie krytyka Nicka Kenta nazwał to wydawnictwo dosadnie „kubłem ze szczynami”, czego zresztą później zespół przez długie lata nie potrafił wybaczyć tej opiniotwórczej gazecie. – Pieprzyć ich, skoro nas nie rozumieją – kwitował prasowe recenzje Freddie Mercury. Mimo tej butnej pozy, Queen mieli powody do frustracji. Ich debiutancki singel „Keep Yourself Alive” BBC odrzucało aż pięć razy, odmawiając prezentacji piosenki w swoich audycjach. Zespół mimo to wierzył w obrany kurs i był gotów użyć wszelkich środków, aby dotrzeć na sam szczyt.

Nawet jeśli tymi środkami była łapówka. W 1973 grupa najzwyczajniej w świecie zapłaciła glamrockowej ekipie Mott The Hoople, aby ta zabrała ją w charakterze supportu na swoją trasę koncertową po Wielkiej Brytanii. Mimo to Freddie i spółka zachowywali się na tym tournee niczym prawdziwe gwiazdy. – Trochę nas tym wkurzali. Freddie już wtedy przyjmował na scenie te wszystkie pozy, które stały się potem jego znakiem rozpoznawczym. Trzeba przyznać, że to działało na publiczność. Czasami za kulisami w ich garderobie pojawiały się naprawdę fantastyczne dziewczyny. Zazdrościliśmy im tego – wspominał Peter Hince, współpracownik Mott The Hoople, który chwilę później na wiele lat stał się członkiem ekipy Queen.

W ogromnej części była to oczywiście zasługa Mercury’ego. Freddie mógł na razie zarabiać grosze (firma, z którą wiązał ich pierwszy kontrakt płytowy, wypłacała każdemu z muzyków Queen 20 funtów tygodniowo), ale zachowywał się i nosił jak prawdziwa gwiazda. Nawet jeśli ubierał się w second handach. Czasami potrafił wyłowić w nich jakiś absolutnie fantastyczny kostium. Ale równie łatwo zwracał na siebie uwagę stosując bardzo proste chwyty. Zwykł na przykład malować czarnym lakierem paznokcie tylko u jednej ręki. Albo nakładać lakier tylko na jeden paznokieć u całej dłoni.

Takie zabiegi przynoszą oczekiwany efekt. Choć Queen to tylko kapela, która poprzedza koncert głównego bohatera wieczoru, to w jej wokaliście publiczność widzi główną gwiazdę.

Im bli­żej końca trasy z Mott The Ho­ople, tym bar­dziej jasne, że ko­lej­ność na pla­ka­tach za­po­wia­da­ją­cych wy­stę­py po­win­na być od­wrot­na. – Miło było wi­dzieć, że po tym to­ur­nee bę­dzie­my w Wiel­kiej Bry­ta­nii gwiaz­da­mi – śmie­je się Fred­die.

Nie myli się. Je­sie­nią 1973 za­wią­zu­je się ofi­cjal­ny fanc­lub grupy. Ze­spół nie musi oglą­dać się na in­nych wy­ko­naw­ców, może ru­szać w trasę na wła­snych wa­run­kach. A jed­nak mimo to de­cy­zja o wy­stę­pie w lon­dyń­skim Ra­in­bow The­atre ucho­dzi po­wszech­nie za ty­po­wą dla ze­spo­łu bu­fo­na­dę. To prze­cież scena za­re­zer­wo­wa­na dla naj­więk­szych, praw­dzi­wy sym­bol suk­ce­su i gwiaz­dor­skie­go sta­tu­su. Queen jed­nak znów się nie mylą. Bi­le­ty na kon­cert roz­cho­dzą się wy­jąt­ko­wo szyb­ko, a wy­stęp oka­zu­je się wiel­kim suk­ce­sem.

Pół roku póź­niej, gdy grupa znów re­zer­wu­je Ra­in­bow The­atre, sy­tu­acja jest już dia­me­tral­nie inna. Queen pro­mu­ją trze­ci album „Sheer Heart At­tack”. Mają już za sobą pierw­sze suk­ce­sy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W Nowym Jorku na ich wy­stęp przy­cho­dzi Andy War­hol oto­czo­ny wia­nusz­kiem trans­we­sty­tów. W po­rów­na­niu z nie­chęt­ną po­cząt­ko­wo oj­czy­zną tu ota­cza ich po­wszech­ne za­in­te­re­so­wa­nie i opi­nia ze­spo­łu ory­gi­nal­ne­go. Ale i Wiel­ka Bry­ta­nia za­czy­na do­ce­niać Queen. Ze­spół na spe­cjal­nej uro­czy­sto­ści od­bie­ra w Lon­dy­nie złotą płytę za sprze­daż 100 ty­się­cy eg­zem­pla­rzy swo­je­go dru­gie­go al­bu­mu. Na­gro­dę wrę­cza im ak­tor­ka prze­bra­na za kró­lo­wą Elż­bie­tę II. „Sheer Heart At­tack” radzi sobie jesz­cze le­piej. Płytę pro­mu­je pio­sen­ka „Kil­ler Queen”. Za­ska­ku­ją­co po­po­wa i sta­ro­mod­na jak na wcze­śniej­sze do­ko­na­nia ze­spo­łu. Forma ukry­wa jed­nak bar­dzo fry­wol­ną treść – to numer opo­wia­da­ją­cy o luk­su­so­wej pro­sty­tut­ce z wyż­szych sfer. – Chcia­łem dać do zro­zu­mie­nia że lu­dzie z klasą też mogą być dziw­ka­mi – śmie­je się Fred­dy.

Gdy trasa jego ze­spo­łu w li­sto­pa­dzie 1974 znów fi­ni­szu­je w Ra­in­bow The­atre, tym razem nikt nie stuka się w czoło. Ale i tak suk­ces kon­cer­tu za­ska­ku­je naj­więk­szych opty­mi­stów. Bi­le­ty roz­cho­dzą się bły­ska­wicz­nie, show jest wy­prze­da­ny, dla­te­go grupa de­cy­du­je się za­grać na­stęp­ne­go dnia jesz­cze jeden, do­dat­ko­wy kon­cert. O ile ten pierw­szy wy­stęp jest uko­ro­no­wa­niem walki o uzna­nie kry­ty­ków i pu­blicz­no­ści, po­twier­dze­niem zdo­by­te­go w końcu gwiaz­dor­skie­go sta­tu­su, o tyle ten drugi, zor­ga­ni­zo­wa­ny na­pręd­ce to przy­jem­ny bonus dla ze­spo­łu, który do tej pory ra­czej wal­czył z prze­ciw­no­ścia­mi losu niż otrzy­my­wał od niego ja­kie­kol­wiek pre­zen­ty. Od tego czasu tych pre­zen­tów bę­dzie coraz wię­cej.

O tym że wszyst­kie kon­cer­ty w Ra­in­bow z 1974 zo­sta­ły na­gra­ne było wia­do­mo od dawna. W 1992 uka­zał się nawet zapis li­sto­pa­do­wych kon­cer­tów za­re­je­stro­wa­ny na ta­śmie wideo. Ale na pełną do­ku­men­ta­cję tych trzech wie­czo­rów fani mu­sie­li cze­kać aż do teraz. „Live At The Ra­in­bow ‘74″ uka­zu­je się aż w sze­ściu róż­nych edy­cjach. Ta naj­bo­gat­sza poza całą masą ga­dże­tów, wśród któ­rych jest i re­pli­ka ory­gi­nal­ne­go pla­ka­tu z trasy, i książ­ka ze zdję­cia­mi do­ku­men­tu­ją­cy­mi ten okres dzia­łal­no­ści grupy, za­wie­ra wer­sje fil­mo­we i dźwię­ko­we wszyst­kich wy­stę­pów. Jest czego słu­chać, bo to prze­cież zu­peł­nie inne Queen niż to, które znamy z naj­więk­szych hitów. Bar­dziej za­dzior­ne, dra­pież­ne, mło­dzień­cze. Roz­pię­te gdzieś po­mię­dzy hard roc­kiem, gla­mem i ar­ty­stycz­ny­mi am­bi­cja­mi po­szcze­gól­nych mu­zy­ków. Już zdra­dza umie­jęt­ność pi­sa­nia ka­pi­tal­nych, wpa­da­ją­cych w ucho pio­se­nek. Ale jed­nak woli uwo­dzić pu­blicz­ność roc­ko­wym pa­zu­rem niż po­po­wą nutą.

Jest też na co po­pa­trzeć. Wy­stę­pom w Ra­in­bow da­le­ko do roz­bu­cha­nych, te­atral­nych wy­stę­pów póź­niej­sze­go Queen. To tylko scena, skrom­ne świa­tła i czte­rech mu­zy­ków. Ale i w ta­kiej opra­wie Fred­die Mer­cu­ry po­tra­fi zro­bić świet­ny show. Nie przy­po­mi­na jesz­cze tego roc­ko­we­go fir­cy­ka, ja­kie­go uchwy­ci­ły słyn­ne te­le­dy­ski z lat 80. Ma dłu­gie włosy, jest gład­ko ogo­lo­ny, w ob­ci­słych, sa­ty­no­wych ko­stiu­mach przy­po­mi­na ra­czej dwu­znacz­ne­go sek­su­al­nie dok­to­ra Fran­ka N. Fur­te­ra z mu­si­ca­lu „Rocku Hor­ror Pic­tu­re Show”. Te ko­stiu­my to zresz­tą temat na od­ręb­ną opo­wieść. Cie­sząc się świe­żo zdo­by­tym sta­tu­sem gwiaz­dy Fred­die po­rzu­ca za­ku­py w lum­pek­sach i za­trud­nia do współ­pra­cy pro­jek­tant­kę Zan­drę Rho­des. To ona ubie­ra go w zwa­rio­wa­ne, le­ją­ce się pe­le­ryn­ki, dzię­ki któ­rym Fred­die na sce­nie wy­glą­da chwi­la­mi ni­czym glam­roc­ko­wy nie­to­perz. To ona też wbija go w ko­stiu­my, które śmia­ło od­sła­nia­ją jego owło­sio­ną klatę. Za swoje usłu­gi wy­sta­wia potem ra­chu­nek opie­wa­ją­cy na astro­no­micz­ną wów­czas sumę pię­ciu ty­się­cy fun­tów. Księ­go­wi w fir­mie pły­to­wej rwą sobie włosy z głowy. Co in­ne­go Fred­die. Za­chwy­co­ny, że od­na­lazł swój styl, od tej pory szy­ku­jąc swoje sce­nicz­ne stro­je nie za­mie­rza się li­czyć z żad­ny­mi kosz­ta­mi.

Może sobie zresz­tą na to po­zwo­lić. Wy­prze­da­ne na pniu kon­cer­ty w Ra­in­bow to tylko jeden z do­wo­dów na suk­ces grupy. Rów­nie szyb­ko roz­cho­dzą się wej­ściów­ki w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii i Eu­ro­pie. Na całej tra­sie nie ma ani jed­ne­go kon­cer­tu, który by się nie wy­prze­dał. A gdy ze­spół po raz pierw­szy wy­bie­ra się do Ja­po­nii, oka­zu­je się, że ten kraj opa­no­wa­ła praw­dzi­wa Qu­eeno­ma­nia.

Kilka mie­się­cy po trium­fal­nych kon­cer­tach w Ra­in­bow The­atre Fred­die za­sia­da do for­te­pia­nu w swoim lon­dyń­skim miesz­ka­niu przy Hol­land Road. Nie­po­zor­ną bal­la­do­wa pio­sen­kę, która od ja­kie­goś czasu cho­dzi mu po gło­wie, za­czy­na wzbo­ga­cać o ele­men­ty ope­ro­we. Rodzi się „Bo­he­mian Rhap­so­dy”, a ka­rie­ra Queen wcho­dzi na ko­lej­ny po­ziom.

No ale to już temat na zu­peł­nie inną hi­sto­rię.

z onet.pl

Recenzja Rainbow – Onet

Porzućmy na chwilę poprawność polityczną i powiedzmy sobie szczerze: Freddie Mercury w obcisłych rajtuzach, z obnażoną piersią i czarnymi wąsami, paradujący po scenie z mikrofonem niczym z obnażonym fallusem, wyglądał groteskowo. Gejowski szyk nigdy nie służył rockowemu image’owi. Dlatego znacznie lepiej wokalista Queen wypadał na początku kariery – kiedy jego homoseksualne ciągoty nie były aż tak widoczne.

Dowodem na to jest wydany właśnie na płytach CD i DVD koncert z 1974 roku. Queen byli wtedy jeszcze przed swymi największymi sukcesami – wydali dopiero dwa albumy, mieli w dorobku zaledwie jeden, zupełnie dziś nieznany przebój – „Seven Seas Of Rhye”. I wtedy trafiła im się naprawdę wielka gratka – możliwość zagrania w londyńskiej sali Rainbow, jednym z najbardziej prestiżowych miejsc koncertowych na świecie w tamtym czasie. Wielu przyjaciół odradzało muzykom ten występ, wszak przecież do niedawna grali w małych pubach. Mercury z kolegami postanowili jednak podjąć ryzyko – i wygrali!

Oczywiście, słychać w nagraniach, które trafiły na album, że nadal mamy do czynienia z zespołem, który dopiero się rozpędza. Ale to dobrze – bo jest w ich brzmieniu młodzieńcza energia, klubowa surowość, naturalna dzikość. Queen daleki był wtedy od wykonawczej perfekcji, jeszcze nie stworzył „Bohemian Rhapsody”, a o „Radio Ga Ga” nawet mu się nie śniło. Dlatego grają ostro i czadowo, lokując się nawet bliżej hard rocka niż prog-rocka.

Potężne riffy gitar uzupełniane masywnymi bębnami stanowią idealny kontrapunkt dla bogatej warstwy wokalnej – ekspresyjnego głosu Mercury’ego i zespołowych chórków. „Now I’m Here”, „Ogre Battle” , „Killer Queen”, „Seven Seas Of Rhye” i „Stone Cold Crazy” to najbardziej porywające momenty show. Świetnie wypada też końcówka – bo najpierw rozbrzmiewa dynamiczny „Modern Times Rock’n'Roll”, potem klasyczny „Jailhouse Rock” i wreszcie na finał wieńczący od wtedy na zawsze występy grupy „God Save The Queen”.

Na płycie DVD można zobaczyć, że muzycy z Queen hołdowali wtedy modzie łączącej glamową ekstrawagancję z progresywną teatralnością. Mimo to, ich image był jeszcze męski, szorstki, bliski temu, jak w tamtym czasie nosili się młodzi ludzie na ulicach Londynu czy Manchesteru. Mercury, choć wymalowany i już z obnażoną piersią, tryska ciągle zmysłowym testosteronem. My wiemy jednak, że wszystko to ulegnie z czasem radykalnej zmianie, która niestety zajdzie zdecydowanie za daleko. (8/10)

Nothing Has Changed od Bowiego

Na trzy płytowej składance Davida Bowiego noszącej tytuł Nothing Has Changed znajdzie sie oczywiście Under Pressure z Queen. Premiera wydawictwa 17 listopada.

Rainbow sprzedaż

UK

Album Chart pozycja 11

DVD CHart UK poz. 35 THE FREDDIE MERCURY TRIBUTE CONCERT

Merlin 56 i 74 pozycja

Queen+Adam Lambert koncert z Wrocławia do pobrania

Od dziś można na Queenzone pobrać specjalny montaż video i audio z dodatkami, okładką z zapisu koncertu Q+Al we Wrocławiu z 2012 roku.

Więcej informacji na stronie Queenzone

Queen + Adam Lambert 03.09 AUCKLAND

1. NOW I’M HERE
2. STONE COLD CRAZY
3. ANOTHER ONE BITES THE DUST
4. FAT BOTTOMED GIRLS
5. LAP OF THE GODS
6. SEVEN SEAS OF RHYE
7. KILLER QUEEN
8. SOMEBODY TO LOVE
9. I WANT IT ALL
10. LOVE OF MY LIFE (Short version)
11. ’39 BRIAN
12. A KIND OF MAGIC
13. BASS SOLO
14. DRUM BATTLE
15. UNDER PRESSURE
16. DRAGON ATTACK
17. WHO WANTS TO LIVE FOREVER
18. GUITAR SOLO
19. TIE YOUR MOTHER DOWN
20. VOCAL SOLO
21. BREAK FREE
22. RADIO GAGA
23. CRAZY LITTLE THING CALLED LOVE
24. BO RHAP

25. WE WILL ROCK YOU
26. WE ARE THE CHAMPIONS

Queen+AL SET LIST – BRISBANE 01.09

1. NOW I’M HERE
2. STONE COLD CRAZY
3. ANOTHER ONE BITES THE DUST (with GAGA)
4. FAT BOTTOMED GIRLS
5. LAP OF THE GODS
6. SEVEN SEAS OF RHYE
7. KILLER QUEEN
8. SOMEBODY TO LOVE
9. I WANT IT ALL
10. LOVE OF MY LIFE (Short version)
11. ’39 BRIAN
12. A KIND OF MAGIC
13. BASS SOLO
14. DRUM BATTLE
15. UNDER PRESSURE
16. DRAGON ATTACK
17. WHO WANTS TO LIVE FOREVER
18. GUITAR SOLO
19. TIE YOUR MOTHER DOWN
20. VOCAL SOLO
21. BREAK FREE
22. RADIO GAGA
23. CRAZY LITTLE THING CALLED LOVE
24. BO RHAP

25. WE WILL ROCK YOU
26. WE ARE THE CHAMPIONS


  • RSS
  • Facebook
  • YouTube
  • Last.fm