Brian May: w pogoni za perfekcją

Willa w angielskim hrabstwie Surrey, a wokół niej – dżungla. – Wspaniale, pozwalamy ogrodowi zdziczeć! – zachwyca się Brian May wskazując za okno. Jak opowiada gitarzysta, który 6 listopada wystąpi z Queen w Łodzi, dom ten należał wcześniej do słynnego botanika. May (lat 70) kupił go tylko po to, by uratować 10-metrowy rododendron.

„Süddeutsche Zeitung”: Panie May, pańskim życiorysem można by obdzielić kilka osób. Jest pan gitarzystą, astrofizykiem, autorem publikacji, ekspertem w dziedzinie fotografii 3D, założycielem organizacji obrony praw zwierząt, autorem piosenek, producentem muzycznym, wreszcie wciąż koncertuje pan z Queen. O czymś zapomniałem?

Brian May: W międzyczasie staram się być przyzwoitym mężem i ojcem, mam też siedmioro wnucząt.

Która z życiowych ról jest dla pana najważniejsza?

To trudne pytanie. Zawsze miałem wrażenie, że nasze pokolenie dorastało w zbyt ciasnych granicach intelektualnych. Człowiek nie przyznawał się nikomu, że jest jednocześnie artystą i naukowcem. Ale dlaczego nie? Będąc uczciwym w stosunku do samego siebie człowiek może objąć cały świat. Powinien być otwarty. Wszystko się łączy.

Na przykład?

Gdy byłem studentem, naukowcy zaśmiewali się do rozpuku z pomysłu, że gra na gitarze może mieć znaczenie. Dziś wielu astronomów doskonale zna się na muzyce i uważają to za rzecz zupełnie naturalną. Mój przyjaciel z Europejskiej Agencji Kosmicznej jest w połowie Albertem Einsteinem, a w połowie Lemmym Kilmisterem. I tak w życiu być powinno!

W 26 lat po śmierci Freddiego Mercury ukazuje się pierwsza książka o Queen autorstwa jednego z członków zespołu. Jest to dziwna mieszanka albumu stereoskopowego, dziennika z tras koncertowych i biografii. Skąd taka forma i dlaczego czekał pan tak długo?

Mój kalendarz jest wypełniony po brzegi. Nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, jak skomplikowane jest w moim przypadku planowanie tygodnia. Ten projekt od wieków czekał w szufladzie. Wreszcie zatrudniłem archiwistę, by zajął się moją kolekcją historycznych fotografii przestrzennych.

Co pana tak fascynuje w tych dawnych zdjęciach?

Już sam fakt, że przy ich pomocy można opowiedzieć 150 lat historii, z całą jej głębią! Uważam to za fantastyczne, mogę zachwycać się nimi godzinami! Któregoś razu przypomniałem sobie, że podczas tras koncertowych często robiłem zdjęcia zespołu aparatem stereoskopowym. Denis, mój archiwista, wyszperał tamten materiał z różnych zakurzonych kątów domu. Na koniec mieliśmy setki zdjęć. Byłem zaszokowany, jaką ilość wspomnień to wyzwoliło.

Queen nie było typowym zespołem. Normalni muzycy na początku lat 70. rzucali szkołę w wieku 15 lat i nie stronili od narkotyków. A tu nagle pojawiło się czterech gości z wyższym wykształceniem: astrofizyk grał na gitarze, dentysta na perkusji, elektromechanik na basie, a śpiewał z nimi student akademii artystycznej.

Odróżniało nas może nasze nastawienie. Wiedzieliśmy już wówczas mniej więcej kim jesteśmy i jak działa świat. Pomogło nam to też w ambicji kierowania naszej twórczości do odbiorców nie tylko w Anglii. Diametralnie się od siebie różniliśmy. Ale sądzę, że w grupie, którą łączą prawdziwe zainteresowania twórcze, tkwi ogromna siła. Ciągle się kłóciliśmy, czasami aż do krwi, ale zawsze był w tym jakiś cel.

O co się kłóciliście?

O wszystko! O każdą nutę, jaką graliśmy. Zróbmy to tak. Nie, inaczej! Oczywiście często nie mieliśmy pojęcia, dokąd nas to doprowadzi. Kto wówczas przypuszczał, że zagramy na Wembley?

Jeśli prześledzić występy Briana Maya z ostatnich 45 lat, widzimy nietypową gwiazdę rocka: zdyscyplinowaną, solidną, godną zaufania. Zawsze ta sama mimika, ta sama fryzura. Zawsze punktualny. Nie do pomyślenia, by ten facet przyszedł kiedyś nieprzygotowany, albo wypił za dużo.

Tak, to chyba słuszne wrażenie. Nigdy też na nikim się nie wzorowałem w mojej grze na gitarze. Ponadto pewna część mojej osobowości jest wybitnie zakotwiczona w rzeczywistości.

Jest pan gitarową legendą, a jednocześnie zbiera pan ołowiane żołnierzyki, gadżety z „Gwiezdnych wojen” i fotografie stereoskopowe. Jak udaje się to połączyć?

Co ma wspólnego gwiazda rocka z nerdem zbierającym figurki? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale moja faza kolekcjonerska to już przeszłość. Przez długi czas olbrzymią przyjemność sprawiało mi wyszukiwanie różnych rzeczy i ich posiadanie. Dawniej oferowałem na aukcjach majątek za fotografie stereoskopowe. Dziś jestem szczęśliwy mogąc je od czasu do czasu pooglądać, ale generalnie wystarczy mi skan. Posiadanie stało się nagle ciężarem. Coraz mocniej ściąga mnie w dół. Przecież i tak całego tego kramu nie zabierzemy ze sobą na tamten świat.

Ma pan tendencję do bardzo poważnego traktowania wszystkiego, prawda?

Żyję z brzemieniem perfekcjonizmu. A perfekcjonizm jest niebezpieczny.

Dlaczego?

Ponieważ człowiek stawia sobie nierealistyczne cele. I przez to sam się unieszczęśliwia. Mam to po ojcu.

W książce pisze pan, że u was w domu „ważne rzeczy załatwiało się porządnie”. Co to znaczy: porządnie?

Trzeba poświęcić się bez reszty temu, co się robi. Zawsze. Robić wszystko na 100 procent, nigdy na pół gwizdka. Po angielsku jest takie powiedzenie: „Don’t spoil the ship for a ha’porth of tar” – nie pozwól, żeby statek poszedł na dno, oszczędzając parę pensów na smole. Żadnych kompromisów! Bo co, jeśli kadłub zacznie przeciekać akurat w tym jednym miejscu? Dobra filozofia, Mój ojciec szedł jeszcze dalej: jeśli coś jest ważne, możesz zrobić to lepiej niż wszyscy inni, jeśli tylko się postarasz!

Nie irytuje pan ludzi tym podejściem?

Nieustannie! W zespole albo w rodzinie żartujemy z tego. Kiedy coś nam się uda, mamy powiedzenie, że znowu prawie otarliśmy się o perfekcję. To pochwała. Perfekcja nie istnieje. Istnieje tylko punkt, w którym zakończysz i zadowolisz się osiągniętym efektem, ponieważ czujesz, że wywiązałeś się z zadania.

Już jako chłopiec był pan poważny, prawda? Jedynak, któremu wystarczało własne towarzystwo, interesujący się techniką i muzyką, pragnący dowieść praw optyki za pomocą wzoru na tapecie.

Przede wszystkim byłem nieśmiały i pozostałem taki do dziś.

Naprawdę? Nie sprawia pan takiego wrażenia.

A jednak. Nieustannie mam wątpliwości czy postępuję właściwie, czy jestem we właściwym miejscu, czy mówię to, co trzeba. Mam 70 lat, ale wchodząc do pomieszczenia pełnego ludzi wciąż czuję się jak tamten młody chłopak. W głębi serca uważam zawsze, że nikt nie wie kim jestem, co robię albo czego chcę. Zawsze jestem zaskoczony, gdy ludzie mnie rozpoznają i traktują z respektem.

300 mln sprzedanych płyt – nie sądzi pan, że zapracował sobie na ten szacunek?

Nie o to chodzi. Raczej o chwilę zaskoczenia. I jeśli się nad tym zastanowić, uważam, że to dobre. Nie powinno się niczego oczekiwać. W końcu na świecie są miliardy ludzi, którzy nie wiedzą kim jestem, a jeśli by się dowiedzieli, mieliby pełne prawo mieć to w głębokim poważaniu.

Pana ojciec był zdecydowanym przeciwnikiem pańskiej kariery muzycznej. Nie chciał, by syn stał się sławny?

Był inżynierem w siłach powietrznych, a przy tym – całkiem niezłym muzykiem. Podczas wojny często grywał na fortepianie dla żołnierzy. Jakaś jego część chciałaby zostać muzykiem, ale zawsze powtarzał, że w życiu trzeba mieć prawdziwą pracę. W zasadzie poświęcił swoje marzenia, by umożliwić żonie i dziecku – czyli mnie – życie na przyzwoitym poziomie. W tamtych czasach nie mieliśmy wiele pieniędzy. Mimo to, dla ojca najwyższym priorytetem było zawsze wykształcenie: dobra szkoła, college, doktorat z astrofizyki. Kiedy mu powiedziałem, że rezygnuję z tego wszystkiego dla gry na gitarze, był w szoku. – Dlaczego chcesz sobie zmarnować życie? – zapytał. Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?

Dlaczego więc podarował panu ukulele i pomógł skonstruować gitarę?

To była ironia. Potem śledził każde nasze tournée, nawet rysował mapy z trasami. Moją muzykę traktował jednak zawsze jako hobby. Zaakceptował ją dopiero wiele lat późnej. Graliśmy wtedy w Madison Square Garden. Przywiozłem do Nowego Jorku całą rodzinę. Po koncercie podszedł do mnie, uścisną mi dłoń i powiedział: – Okay, wydaje mi się, że zrozumiałem. To był przełomowy moment.

Od tamtej pory uchodziliście za najsłynniejszy zespół świata. Pierwszą kapelę, która potrafiła zapełnić stadiony. Jednak publiczność kojarzyła was głównie z Freddiem Mercury. Queen w jakiś sposób zredukowano do jego osoby. Nie irytowało to pana?

Dziwne, ale nie. Frontman jest rzecznikiem zespołu. W ten sposób się dobraliśmy. Był naszą ikoną. Już na okładce pierwszego albumu widać tylko Freddiego w świetle ramp. To ja tak zdecydowałem i wykonałem projekt, nie on. Szczerze, to zawsze dobrze się z tym czułem. Również na scenie. On potrafił sterować tłumem. Ja byłem tym gościem stojącym za nim, po lewej stronie, dającym czadu na gitarze. Ten układ doskonale funkcjonował.

Nigdy nie był pan o niego zazdrosny?

Nie. To naprawdę nie stanowiło problemu, bo byliśmy tak różni. Każdy z członków zespołu miał na koncie hit, który trafił na pierwsze miejsce list przebojów – zresztą do dziś dnia nie osiągnęła tego żadna inna grupa. Mieliśmy po prostu ogromne szczęście, że na siebie trafiliśmy.

Czy homoseksualizm Freddiego Mercury stanowił wówczas problem? Trzech chłopaków z klasy średniej, wszyscy hetero, w latach 70. nikt nie wiedział, to co jest ruch LGBT, a tu nagle na scenę wyskakuje facet w lateksowym wdzianku i śpiewa rockoperę.

My w ogóle nie wiedzieliśmy, że Freddie był gejem, a sądzę, że i on sam długo nie zdawał sobie z tego sprawy. Przecież zawsze dzieliłem z nim pokój. Sytuacja rozwijała się powoli. Trudno sobie wyobrazić, dlaczego mogłoby stanowić to problem. Co najwyżej problematyczny był fakt, że Freddie miał fazy wychodzenia nagle bez nas. To była duża strata.

Czy z tego powodu tak pan nienawidził Monachium?

Ależ nie nienawidzę Monachium! Wszyscy mieliśmy romans z tym miastem.

Pytam o to, ponieważ to miasto miało swój romans z Queen, podobnie jak Hamburg z Beatlesami. Istnieje wiele mitów na ten temat: o szalonych balangach i brytyjskich gwiazdorach, którzy postanowili imprezować akurat w Bawarii. W książce poświęca pan temu okresowi ledwie pięć stron – mówiąc o nim jako o złej i smutnej fazie.

Nie, Monachium było wyjątkowe. Nawet ludziom takim jak my, którzy już niejedno widzieli, to miasto otworzyło oczy. Jak ludzie żyli tam chwilą! Monachium było zbytkowne, istniała tam wspaniała kultura rock’n’rollowa, organizowano szalone imprezy, nie stroniono też od narkotyków. Miasto miało seksapil i było bardzo otwarte. Stanowiło inspirację! Wszystko to nas wówczas zmieniło, ale być może wszystko to podobało nam się trochę za bardzo, przez co zostawiło blizny.

Pisze pan: „Wszystkim nam złamano w Monachium serce, w mieście, w którym dziwny wiatr o nazwie fen popycha ludzi do tego, by rzucali się z szarych wieżowców”.

O tak, fen także stanowi problem! Najwyraźniej dopadł i mnie, bo przez pewien czas miałem depresję. Ten kawałek o złamanych sercach również trzeba rozumieć dosłownie. Każdy z nas uwikłał się w Monachium w jakiś związek. Dla każdego skończyło się to komplikacjami. W każdym przypadku była to miłość. Być może po raz pierwszy w życiu musieliśmy się nauczyć, czym jest miłość. A czym nie jest.

Mercury potrafił jednym ruchem ręki porwać stadion. Powiedział pan kiedyś, jakim spełnieniem były dla pana takie momenty. Tyle tylko, że człowiek potem schodzi ze sceny i wciąż goni za taką perfekcją. Oczywiście nadaremnie.

Tak, podczas tras koncertowych jest przerażająco dużo okazji do tego, by czuć się samotnie! Ale nie chcę sprawiać wrażenia, że mam wiele powodów do użalania się nad swoim ciężkim losem. Miałem niewyobrażalne szczęście! Mimo wszystko będąc gwiazdą rocka człowiek doprowadzany jest czasami do granic wytrzymałości. Tak bardzo, że nie wie już, jak sobie da radę. A jeśli chodzi o perfekcję na scenie, to oczywiście czegoś takiego również nie ma – ale to jeden z powodów, dla których to kochaliśmy.

Gdy osiągaliście szczyty sławy, Freddie Mercury był już chory. Zespół dowiedział się o tym dość późno. Czy były momenty, w których pan coś zauważał?

Niechętnie o tym rozmawiam. Był ten moment szoku, kiedy powiedział nam o wszystkim. Jednak podczas naszego ostatniego tournée – w 1986 roku – nie wiedzieliśmy jeszcze, co się dzieje. Ani, że będzie to nasza ostatnia wspólna trasa. Ostatnim utworem nagranym przez Freddiego było „A Winter’s Tale”. Tam naprawdę zbliżył się do perfekcji.

Krótko potem Freddie Mercury zmarł na AIDS. Dlaczego akurat ta piosenka?

Freddie był już bardzo słaby, ale do końca śpiewał. Pomyślałem: któregoś dnia dokończę to nagranie. Po jego śmierci potrzebowałem półtora roku, aby znaleźć w sobie dość siły, by w ogóle zacząć nad tym pracować. Walczyłem o każdy szczegół. W każdym razie jest tam najbardziej perfekcyjne solo gitarowe, jakie nagrałem w życiu. Uwielbiam tę piosenkę. Jej nagranie było dla niego ważne, bo wiedział już, że zostało mu niewiele czasu, a mimo to w jego głosie nie ma zwątpienia, raczej blask. Lekkość i optymizm. Dzieło stworzone z miłością.

Po jego śmierci popadł pan w depresję.

To był tylko bodziec wyzwalający, mam skłonności do depresji. Z czymś takim ma się do czynienia przez całe życie.

Potem wrócił pan na uczelnię, by obronić doktorat. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: to była niedokończona sprawa. Kiedyś w wywiadzie opowiedziałem o mojej przerwanej pracy doktorskiej. Zadzwonił potem do mnie dziekan wydziału astronomii z Imperial College, gdzie studiowałem, i powiedział: jeśli mówiłeś na serio, zostanę twoim promotorem. To była cudowna okazja!

Jak opisałby pan w trzech zrozumiałych zdaniach pańską dziedzinę badań?

Współpracowałem przy tworzeniu przyrządu pomiarowego mierzącego prędkość i kierunek cząstek pyłu w kosmosie. Pomiary te mają przyczynić się do ustalenia, jak powstał nasz system słoneczny. Przygotowanie rozprawy doktorskiej sprawiało mi wielką radość. Pełno jest w niej pięknych cytatów: koniec końców wszyscy jesteśmy tylko gwiezdnym pyłem. Resztkami supernowych. To zresztą też wers z piosenki Joni Mitchell.

Co interesowało pana w astronomii bardziej: fizyka czy filozofia?

Sądzę, że chodziło mi przede wszystkim o niewiarygodne piękno, jakie kryje się w niebie nad nami. O niewiarygodną naturę tego wszystkiego, o czym codziennie się dowiadujemy.

Powiedział pan ostatnio, że wolałby pan zostać zapamiętany jako obrońca praw zwierząt ratujący borsuki, niż jako gitarzysta albo astronom. Mówił pan serio?

Ujmę to w ten sposób: gdybym miał wybór osiągnąć jeszcze więcej w muzyce albo mieć większy wpływ na to, jak traktuje się zwierzęta, wybrałbym tę drugą opcję, ponieważ to coś najważniejszego dla ludzkości, może zdecydować o przetrwaniu nas wszystkich.

Dlaczego akurat borsuki?

Borsuki są gatunkiem zagrożonym, ponieważ oskarżano je o przenoszenie gruźlicy u bydła. Siedem lat intensywnie zajmowałem się tym tematem. Dziś jestem całkowicie pewien, że borsuki nie są przyczyną nowych zakażeń. Mimo wszystko rząd nadal tępi te stworzenia.

Czy to prawda, że zamierzał pan startować w wyborach do Izby Gmin?

Pytano mnie o to, ale jako polityk musiałbym wstąpić do partii, a tego nie chcę. Jako aktywista mogę znacznie więcej zdziałać ponadpartyjnie.

A na dodatek właśnie jedzie pan znowu w trasę koncertową z Queen. Brzmi stresująco.

Mam z tego frajdę! Zabawne jest to, że nie dążyliśmy do wznowienia zespołu, a już na pewno nie szukaliśmy zastępstwa za Freddiego. Ale potem pojawił się ten chłopak na castingu do „American Idol”. Zaśpiewał na żywo „Bohemian Rapsody”. Nagle zaczęliśmy dostawać e-maile od ludzi z całego świata: Adam Lambert to wasz człowiek! Więc pojechaliśmy i zagraliśmy z nim. Była między nami dobra chemia i dało nam to możliwość dalej istnieć jako Queen. Nazywam Adama darem niebios.

Jaka różnica jest między koncertami Queen z 1986 a 2016 roku?

Oczywiście taka, że nie ma z nami Freddiego. Znaleźliśmy jednak sposób, by mimo to pozostał częścią show za sprawą nagrań i bardzo mnie to cieszy. Ale nie jest to wyłącznie projekt nostalgiczny. Chodzi też o to, by tchnąć w tę muzykę nowe życie.

Ma pan 70 lat. Jak długo jeszcze zamierza pan grać?

Dopóki będę trzymać się na nogach. Widział pan Rolling Stonesów? Mamy tę samą asystentkę tournée. Jak długo daję radę występować na scenie, nie widzę powodu by odchodzić na emeryturę.

z onet.pl

Adam Lambert z Queen: apetyt na dobry czas

Ma 35 lat i jest wokalistą zespołu Queen + Adam Lambert, założonego przez Rogera Taylora i Briana Maya, połowę oryginalnego składu grupy Queen. Nagrał trzy solowe płyty, wypełnione przebojową mieszanką popu, funky, rocka i muzyki dance: „For Your Entertainment” (2009), „Trespassing” (2012) i „The Original High” (2015). Nie tylko śpiewa, ale pisze także muzykę i teksty, ma również doświadczenie jako aktor musicalowy. Sławę zdobył osiem lat temu, kiedy zajął drugie miejsce w programie „American Idol”.

Zapytany o swoje największe inspiracje, Adam Lambert wymienia Michaela Jacksona, Madonnę, Christinę Aguilerę, Timbalanda, No Doubt, Dawida Bowiego, Led Zeppelin, The Beatles i oczywiście Queen.

Prywatnie jest homoseksualistą, otwarcie mówiącym w wywiadach o swoich preferencjach.

Już 6 listopada „Glambert”, bo tak go nazywają fani, po raz czwarty wystąpi w Polsce z zespołem Queen + Adam Lambert, tym razem w łódzkiej Atlas Arenie.

Paweł Piotrowicz: Przyjeżdżasz z Queen do Polski już po raz czwarty. Zachowałeś jakieś wyjątkowe wspomnienia z poprzednich wizyt?

Adam Lambert: Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że chyba nigdzie na świecie nie ma drugiej takiej publiczności. Kiedy u was śpiewam, czuję wielką miłość fanów i ich ogromne zaangażowanie w całe widowisko. Znacie słowa piosenek, reagujecie w sposób spontaniczny i jesteście cudowni.

Zapewne bardzo często słyszysz pytania o możliwość nagrania nowej płyty z zespołem…

Cały czas. [śmiech]

Jako że do tej pory to się nie zdarzyło, przypuszczam, że raczej nie ma na to większych szans. Mam rację?

Faktycznie nie mamy w tej chwili takich planów, ale też nie mogę powiedzieć, że niemożliwe jest, byśmy kiedyś jednak czegoś razem nie nagrali. Kochamy się nawzajem i fantastycznie czujemy w swoim towarzystwie, a jako że jeździmy razem po świecie, to siłą rzeczy wiemy, jak razem grać. Myślę, że nowa muzyka jest kwestią zrobienia właściwiej rzeczy w odpowiednim czasie, do tego ze słusznych powodów.

Słusznych, czyli…

Szczerych, wynikających z artystycznych pobudek. Ale może nie będzie to cały album, a jakiś singiel lub EP-ka. Z drugiej strony, mamy sposobność grania najbardziej niesamowitej muzyki w historii. Jak to przebić? [śmiech] Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Mówisz, że masz świetne relacje z Brianem Mayem i Rogerem Taylorem. Jesteście przyjaciółmi?

Zdecydowanie, naprawdę dobrze się dogadujemy. Ufamy sobie. Wiesz, pracujemy ze sobą już pięć lat i nie spędzamy ze sobą tylko czasu na scenie, ale także poza nią, podczas podróży czy wspólnych posiłków. Spotykamy się także poza trasami. Nasz zespół jest jak rodzina i jestem bardzo wdzięczny za tę przyjaźń. Oczywiście Brian i Roger są moimi bohaterami i idolami, królami rock’n’rolla, więc przebywając z nimi, cały czas się inspiruję. Bardzo wiele się od nich nauczyłem.

Czego konkretnie?

Dobre pytanie. Trudno mi wskazać jedną rzecz, skoro jest ich tak wiele. [śmiech] Na pewno sporo mi dało ich spojrzenie na muzykę i podejście do fanów. Oni po prostu wiedzą, co jest dla nich jest najważniejsze, jaki jest najlepszy sposób zagrania danej piosenki. Staram się w to wsłuchiwać i jak najwięcej z tego absorbować.

Śnił ci się kiedyś Freddie Mercury? A jeśli tak, to może odbyłeś z nim wtedy jakąś ciekawą rozmowę?

Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek miał sen o Freddiem… Bardzo często mam jednak poczucie, że naprawdę jestem szczęściarzem, mogąc śpiewać piosenki, które także on napisał. Queen to zespół, który mimo upływu lat nadal ogromnie wiele dla ludzi znaczy, więc dziękuję wszechświatowi, że mogę podtrzymywać jego muzyczne życie i przekazywać światu tę pochodnię, którą przez tyle lat dzierżył. Wiem, że wiele rzeczy, które ten zespół robił i które Freddie przekazywał, dotyczących życia, miłości i świata, mają wymiar ponadczasowy i uniwersalny.

Freddie Mercury kochał życie, muzykę, swoją publiczność, ale i szalone imprezy. Właściwie trudno go było nie lubić. Które z jego atrybutów czy cech najbardziej pasują do ciebie?

Ja także bardzo lubię imprezować! [śmiech] Często słyszę od Briana i Rogera, że prawdopodobnie dobrze bym się z Freddiem dogadał, bo obu nas cechuje apetyt na dobry czas. Mnie osobiście, poza walorami muzycznymi i wyjątkowym głosem, najbardziej odpowiada jego poczucie humoru. Łatwo je dostrzec, oglądając wywiady czy choćby fragmenty koncertów pokazujących jego swobodne i spontaniczne zachowanie na scenie. On był naprawdę bardzo zabawny i właściwe to robił to, co chciał. Był człowiekiem wolnym. Podoba mi się ta idea, bycia w stu procentach wolnym.

Ty nie jesteś?

Mam nadzieję, że jestem.

Pamiętasz najbardziej szaloną imprezę, na której byłeś?

Byłem na tylu, że…

Wybierz jedną.

Za dużo, naprawdę! [śmiech]

Jak wygląda twój typowy dzień? Jeśli w ogóle takowe miewasz…

Nie mam typowego, ale jeżeli zdarza się wolny, to uwielbiam piesze wycieczki po Los Angeles oraz lunche i obiady z przyjaciółmi. No i oczywiście wieczorne imprezy. Kiedy nie jestem w trasie czy w studio, to tak naprawdę wiodę bardzo normalne życie. A potem wsiadam w prywatny odrzutowiec z Brianem i Rogerem i wkraczam w zupełnie inny świat. Ale uwielbiam obie części mojego życia. Myślę, że balans jest bardzo istotny.

Gdybyś napisał piosenkę „Adam Lambert”, jak ona by brzmiała?

Nie wydaje mi się, że byłbym w stanie napisać coś takiego. Jeżeli już, miałaby w sobie bardzo różnorodne partie, sekcje i harmonie, bo nie wydaje mi się, bym był kimś jednobarwnym czy monotonnym. Byłaby wesoła, potem smutna, następne zabawna, potem trochę leniwa, następnie szybka, zakręcona i nieco sentymentalna. I skończyłaby się bardzo radośnie.

Jest coś, czego żałujesz?

Nie bardzo… Może za dwadzieścia lat wpadnę na pomysł, czego mógłbym żałować, ale teraz… Daj spokój stary! [śmiech]

Rozmawiamy krótko po tragedii w Las Vegas, kiedy to szaleniec zabił z okna hotelowego kilkadziesiąt osób uczestniczących w koncercie. Zamachy towarzyszące wydarzeniom muzycznym zdarzają się niestety coraz częściej. Co czujesz, kiedy widzisz takie obrazki – jako artysta, ale przede wszystkim człowiek?

Czuję się okropnie i bardzo współczuję ofiarom i ich rodzinom. To straszne, że strzela się do osób, które przychodzą na koncert, by być częścią publiczności, wspólnie z obcymi sobie ludźmi śpiewać, cieszyć się i przeżywać wspaniałe emocje. Niewiele jest równie pięknych obrazków i bardzo źle się stało, że ktoś zamienił to w taką tragedię. Lubię myśleć, że na świecie jest o wiele więcej dobrych ludzi niż złych.

A czy prezydent Trump jest dobrym człowiekiem czy złym?

Wybacz, ale nie zamierzam odpowiadać na polityczne pytania w wywiadzie dotyczącym Queen.

Od lat otwarcie mówisz o swoim homoseksualizmie. Czy podejście opinii publicznej do mniejszości seksualnych staje się twoim zdaniem coraz bardziej tolerancyjne? A może przeciwnie, wraz z rozwojem skrajnych ruchów prawicowych, zdecydowanie się pogarsza?

Wierzę, że to się zmienia pozytywnie, ale myślę, iż naprawdę odczujemy to w następnym pokoleniu. Taką mam przynajmniej nadzieję, zwłaszcza kiedy patrzę na młodych ludzi i ich otwartość na świat, nie zawsze oczywistą u ludzi starszych.

Dla mnie ważne jest, by pamiętano, że homoseksualizm jest tylko jedną z części osobowości i dlatego nie powinien ludzi dzielić ani sprawiać, że zaczynają się nienawidzić. Seksualność to nie wszystko, a jedynie kawałek tego, czym jesteśmy. Na pewno nie jest częścią naszego ducha czy duszy. Wydaje mi się, że ludzie zaczynają się dopiero uczyć tego, iż najważniejsze w życiu to być szczęśliwym. No i w ogóle to życie lubić, cokolwiek to znaczy. Coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że w świecie, w którym jest tyle mroku, zła, zgiełku i zawieruchy, są znacznie większe zagrożenia niż to, kto kogo kocha i z kim sypia.

Potrafiłbyś wskazać najpiękniejszą kobietę na świecie?

Znowu zadałeś mi pytanie, na jakie nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. [śmiech] Mnóstwo jest pięknych kobiet, bo one z natury są piękne. To naprawdę wielkie pytanie, którego nikt nigdy mi wcześniej nie zadał, czuję więc sporą presję… Pozwól, że odpowiem ci następnym razem. [śmiech]

Twój trzeci album „The Original High” ukazał się dwa lata temu. Podobno czwarty będzie bardziej eksperymentalny. Co to oznacza?

Nie wiem, czy określenie eksperymentalny jest najtrafniejsze, ale rzeczywiście wiele utworów brzmi inaczej, kierując się ku nieco bardziej alternatywnym brzmieniom i rozbudowanej bazie instrumentalnej… Używam na przykład o wiele więcej gitar niż na moim poprzednim albumie. Nad muzyką pracuję od roku, z różnymi ludźmi, i mam naprawdę wspaniałe piosenki. Perspektywa podzielenia się nimi ze światem bardzo mnie ekscytuje. Już niedługo.

Czujesz, że się rozwijasz?

Nie mam innego wyjścia. Dla mnie bycie artystą jest nieustającym badaniem i odkrywaniem czegoś nowego, sposobem na znalezienie nowych dróg powiedzenia czegoś, co być może już wcześniej się powiedziało albo powiedział ktoś inny. Można oczywiście trzymać się jednego stylu i w wielu przypadkach to się sprawdza, także z punktu widzenia biznesowego – masz swoją markę, ludzie takim ciebie znają i rozpoznają, nie ma co tego zmieniać. Ale ja osobiście zawsze byłem zainspirowany artystami, którzy szli do przodu, rozwijali się i nieustająco robili coś nowego.

Takimi jak Freddie Mercury i cały Queen.

Tak mi się wydaje. Kidy spojrzysz na ich katalog, przekonasz się, że oni zawsze próbowali czegoś nowego i inspirowali się właściwie każdym stylem. Mieli piosenki cięższe i bardziej metalowe, mieli też typowo popowe. W ich muzyce było miejsce na żart, na tajemniczość i agresję, na musicalowość, dramatyzm i teatralność, na smutek i radość. Korzystali z różnych brzmień, zachowując przy tym pełną wiarygodność. I właśnie dlatego byli fantastycznym zespołem.

Który utwór Queen jest najtrudniejszy do zaśpiewania?

Myślę, że to się zmienia w zależności od wieczoru. Na pewno wielkim wyzwaniem są „The Show Must Go On”, „Who Wants to Live Forever”, także bardzo wymagające, i „Another One Bites the Dust”, przez swoją agresywną partię wokalną, która zabiera bardzo dużo energii.

A masz ulubioną piosenkę?

Nie byłbym w stanie wybrać jednej. Kocham je wszystkie!

Jest szansa, że w Łodzi zaprezentujecie także jakieś mniej znane utwory, które nawet Queen z Freddiem Mercurym rzadko grali na koncertach?

Pytasz, czy będą niespodzianki? Gdybym powiedział, przestałyby nimi być. [śmiech] Oczywiście postawimy na największe hity, które tak kochamy grać, a publiczność nie może się bez nich obejść, ale gwarantuję ci, że koncert będzie inny niż każdy poprzedni. Nie tylko dlatego, że lubimy czasem zmienić kolejność utworów lub zagrać jakąś piosenkę inaczej lub nawet sięgnąć po coś mniej oczywistego. Wkładamy wiele czasu i wysiłku w to, żeby nasze koncerty nie tylko brzmiały, ale i wyglądały inaczej – pojawią się więc nowe elementy wizualne, jak światła, scenografia, dekoracje. Dzięki temu koncerty Queen są także dla nas przeżyciem świeżym i ekscytującym.

z onet.pl / Paweł Piotrowicz

Gwiazdy współczesnej muzyki w soundtracku do „Legionu samobójców”

Eminem, Panic! at the Disco, Creedence Clearwater Revival – to tylko kilku wykonawców, których utwory znajdą sią na soundtracku do filmu „Legion samobójców”. Obraz, w którym wystąpią m.in. Jared Leto i Margot Robbie pojawi się na ekranach kin 3 sierpnia (świat) i dwa dni później w Polsce.

Soundtrack do filmu „Legion samobójców” składać się będzie z piosenek autorskich poszczególnych wykonawców oraz nagranych przez nich coverów. Przykładem jest Amerykańska grupa Panic! at the Disco i jej przeróbka kultowego „Bohemian Rhapsody” Queen. Ukazane zostaną też teledyski do niektórych piosenek. Mają w nich wystąpić aktorzy grający w produkcji, w tym także Jared Leto.

Poniżej pełna playlista soundtracku do „Legionu samobójców”:

1. „Purple Lamborghini” – Skrillex & Rick Ross

2. „Sucker For Pain” – Lil Wayne, Wiz Khalifa & Imagine Dragons (with Logic, Ty Dolla $ign & X Ambassadors)

3. „Heathens” – twenty one pilots

4. „Standing In The Rain” – Action Bronson & Dan Auerbach (of The Black Keys) (feat. Mark Ronson)

5. „Gangsta” – Kehlani

6. „Know Better” – Kevin Gates

7. „You Don’t Own Me” – Grace (feat. G-Eazy)

8. „Without Me” – Eminem

9. „Wreak Havoc” – Skylar Grey

10. „Medieval Warfare” – Grimes

11. „Bohemian Rhapsody” – Panic! At The Disco

12. „Slippin’ Into Darkness” – War

13. „Fortunate Son” – Creedence Clearwater Revival

14. „I Started a Joke” – ConfidentialMX (feat. Becky Hanson)

z onet.pl

Queen: show musi trwać nadal

Już za kilka tygodni znów usłyszmy na żywo słynne przeboje zespołu Queen. Tym razem Brian May i Roger Taylor wraz z Adamem Lambertem zawitają na Life Festival Oświęcim. Polacy kochają brytyjski zespół – dlatego na pewno zgotują mu iście królewskie przyjęcie. Oczywiście gdzieś na dnie serc fanów będzie ukryty żal, że przy mikrofonie zabraknie Freddy’ego Mercury’ego. Żelazna kurtyna sprawiła bowiem, że grupa Queen w swym podstawowym składzie nigdy nie dotarła z koncertem nad Wisłę.

W dniu 23 listopada 1991 roku Freddie Mercury, brytyjski wokalista zespołu Queen, wydał publiczne oświadczenie, w którym napisał: „W związku z licznymi doniesieniami prasowymi w ciągu ostatnich dwóch tygodni pragnę poinformować, że test na HIV był pozytywny i jestem chory na AIDS. Uważałem za właściwe utrzymać tę informację w tajemnicy, aby chronić swą prywatność. Jednak teraz nadszedł czas, aby powiedzieć prawdę”. Dzień później Mercury zmarł w swym londyńskim domu na zapalenie płuc wywołane spadkiem odporności spowodowanym przez AIDS. Miał 45 lat.

Zaczęło się cztery lata wcześniej. Mercury słabł w oczach, pojawiły się zmiany skórne, szybko się męczył. Diagnoza lekarzy była druzgocąca: wokalista jest zarażony wirusem HIV. Aby ukryć pierwsze oznaki choroby, Mercury zapuścił krótki zarost. Widać go w tym stanie na zrealizowanych wówczas teledyskach – choćby „I Want It All” czy „The Invisible Man”. To natychmiast wywołało plotki w prasie – dziennikarze zaczęli sugerować, że gwiazdor zapadł na jakąś tajemniczą chorobę. Spekulacje przybrały na sile, kiedy Mercury zapowiedział, że nie weźmie udziału w trasie promującej wydany właśnie nowy album zespołu – „The Game”.

Muzycy Queen byli zszokowani wiadomościami od kolegi – wokalista poprosił ich jednak, by więcej nie rozmawiali na ten temat i starali się pracować, jakby nic się nie stało. Nie było to jednak takie łatwe. Kiedy Mercury zdecydował się wystąpić na wspólnym koncercie ze śpiewaczką operową Montserrat Caballé w Barcelonie w październiku 1988 roku, okazało się, że ma poważne problemy z głosem. Zdecydowano się wtedy odtworzyć ich wspólne nagrania z taśmy. Niestety, technika zawiodła i publiczność z zażenowaniem odkryła, że piosenki zostały zaprezentowane z playbacku. Mercury bardzo przeżył tę kompromitację, na którą nigdy by sobie nie pozwolił, gdyby nie choroba.

Mimo pogarszającego się stanu zdrowia, wokalista pracował jednak z zespołem w studiu. Był to prawdziwy wyścig z czasem. Muzycy chcieli dokonać jak najwięcej wspólnych nagrań, zanim Mercury całkowicie opadnie z sił. Nie zrezygnowano nawet z realizacji teledysków. Ostatnim, w jakim pojawił się wokalista Queen, był „These Are The Days Of My Life”. Aby zapewnić artyście przynajmniej częściową intymność, ograniczono skład ekipy realizacyjnej do minimum. Twarz pokryto mu grubą warstwą pudru, a zdjęcia zostały zrealizowane w czarno-białej technice. Po raz ostatni Mercury pojawił się publicznie w lutym 1990 roku podczas gali rozdania Brit Awards, by odebrać z zespołem nagrodę za wkład w rozwój brytyjskiego przemysłu muzycznego.

14 października ukazał się kolejny singiel Queen o znamiennym tytule „The Show Must Go On”. Wideoklip promujący nagranie został już zmontowany z archiwalnych zdjęć zespołu, pochodzących z dawnych teledysków i koncertów. Wszyscy, którzy wiedzieli o fatalnym stanie zdrowia Mercury’ego, byli zaskoczeni jego wokalną formą zaprezentowaną w kompozycji. Brian May, gitarzysta Queen, wspomniał potem w jednym z wywiadów, że miał wiele obaw, czy jego kolega da radę zaśpiewać do przygotowanego przez zespół podkładu. „Tymczasem Freddie wszedł do studia i po prostu zabił mnie swym wokalem – a kiedy go słuchałem, pękało mi serce”. Tekst piosenki był bowiem pełen oczywistych aluzji – niósł przeczucie zbliżającej się śmierci, ale jednocześnie emanował ogromną wolą życia.

Posłaniec bogów

Naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara i urodził się jako syn pary perskich mieszkańców Zanzibaru. Zamożni rodzice będący kolonialnymi urzędnikami zadbali, by ich potomek odebrał brytyjskie wykształcenie. Wysłali go do szkoły z internatem w Indiach, gdzie po raz pierwszy objawił swe muzyczne zainteresowania – zaczął śpiewać w kościelnym chórze, zakładając równocześnie z kolegami rock’n'rollowy zespół.

Kiedy w Zanzibarze wybuchła wojna domowa, państwo Bulsara postanowili przeprowadzić się do Anglii. W przeciwieństwie do rodziców osiemnastoletni Farrokh był bardzo zadowolony z przenosin do Londynu. Akurat był to czas, kiedy młodzieżowa kontrkultura wychodziła na ulice stolicy Wysp Brytyjskich. Pojawiali się pierwsi hipisi, w klubach grało coraz więcej rockowych zespołów, muzyka i ubiór stały się sposobem na wyrażenie buntu wobec konserwatywnej obyczajowości. Farrokh doskonale odnalazł się w tej kolorowej rzeczywistości. Studiując grafikę na Ealing College Art, pracował jednocześnie w sklepie z używaną odzieżą w Kensington Market.

Chodząc na rockowe koncerty, chłopak trafił na zespół Smile, któremu przewodzili gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor. Z czasem zaprzyjaźnił się z nimi i sekundował ich poczynaniom. Kiedy grupa rozstała się z dotychczasowym wokalistą, muzycy postanowili dać szansę swemu kumplowi z Kensington Market. Farrokh miał już za sobą współpracę z kilkoma mało znanymi formacjami, a ponieważ marzyła mu się sława i fortuna, postanowił dołączyć do bardziej znanego Smile.

Przyjął wtedy na cześć posłańca bogów z rzymskiej mitologii pseudonim Mercury i zaproponował zmianę nazwy zespołu na Queen. Ponieważ słowo to w angielskim slangu używano wtedy do określenia homoseksualisty, koledzy początkowo nie bardzo chcieli się na to zgodzić, ale w końcu ustąpili naleganiom nowego frontmana. Rozochocony Mercury poszedł jeszcze dalej – zasugerował swym kolegom zmianę scenicznego image’u, by odpowiadała rodzącej się właśnie modzie na dwuznaczny erotycznie glam. Kiedy May i Taylor zauważyli, że ekstrawaganckie fatałaszki projektowane przez wokalistę zaczynają przyciągać publiczność, chętnie przystali na coraz to bardziej wymyślne pomysły wokalisty.

Wstąpienie na tron

Prezentując wspaniałe warunki wokalne, Mercury wyrastał z koncertu na koncert na prawdziwego lidera formacji. I stało się – zespołem zainteresowała się wytwórnia EMI, proponując mu upragniony kontrakt płytowy. W efekcie Queen zadebiutował w lipcu 1973 roku albumem, który wpisał ich w nurt modnego wówczas hard rocka. Mimo iż płytę bez tytułu zdominowały proste i surowe nagrania, znalazło się na niej kilka zalążków przyszłych, bardziej złożonych i rozbudowanych kompozycji. Sytuacji grupy nie zmienił wydany rok później następny krążek zrealizowany naprędce, aby podtrzymać zainteresowanie debiutem.

Obie płyty sprawiły jednak, że koncerty Queen cieszyły się coraz większym zainteresowaniem. Podczas jednego z nich Mercury przez przypadek złamał statyw mikrofonu. Ponieważ lepiej mu się śpiewało z takim krótkim – od tego czasu stał się on znakiem rozpoznawczym jego występów. Innym razem na zakończenie koncertu, rozentuzjazmowana publiczność odśpiewała zespołowi brytyjski hymn narodowy. Muzycy wpadli wtedy na pomysł, aby opracować własną wersję „God Save The Queen” i wykonywać ją na finał każdego występu. Pomysł chwycił – od tamtej pory, kiedy Mercury schodził z kolegami ze sceny, widzowie chóralnie wykonywali słynną pieśń.

Z płyty na płytę Queen rozwijał się muzycznie. Punktem kulminacyjnym okazał się wydany w 1975 roku album „A Night In The Opera”. Znalazła się na nim wyjątkowa kompozycja – „Bohemian Rhapsody”. Jej nagranie trwało aż trzy tygodnie, ponieważ łączyła ona dwa różne fragmenty – rockowy i operowy. Aby zarejestrować trudną wokalnie partię, Mercury śpiewał przez siedem dni po dwanaście godzin dziennie! Ostateczna wersja „Bohemian Rhapsody” rozrosła się do sześciu minut, co oznaczało, że nikt jej nie zaprezentuje w radiu, w którym obowiązywał schemat trzyminutowego singla. Muzycy poprosili jednak zaprzyjaźnionego didżeja, a ten zaprezentował ją w swej audycji. I od razu rozdzwoniły się telefony od słuchaczy z pytaniami, gdzie można kupić płytę z tym nagraniem.

Po wydaniu nowego albumu kariera Queen nabrała gwałtownego rozpędu. Zadecydowały o tym nie tylko nagrania i koncerty, ale także sięgnięcie po mało znaną wówczas formę medialnej promocji – wideoklip. Muzycy zrealizowali krótki film obrazujący wykonanie „Bohemia Rapsody” i przekazali go telewizji. Wyemitowanie pomysłowego teledysku przez BBC stało się prawdziwą sensacją. Dzięki temu akcje Queen jeszcze bardziej poszły w górę. Mercury królował podczas występów – wystrojony w obcisły kostium z powiewającą peleryną, z dwuznacznym makijażem na twarzy i wymalowanymi na czarno paznokciami dyrygował 150-tysięcznym tłumem podczas darmowego występu w londyńskim Hyde Parku w 1976 roku.

Wielu kochanków, jedna miłość

W 1971 roku Brian May poznał Freddiego Mercury’ego ze swoją koleżanką – Mary Austin. Wokalista od razu się w niej zakochał. Kilka tygodni później para zamieszkała w West Kensington. Związek trwał jednak tylko sześć lat. Mercury odkrył w sobie biseksualną naturę i rozpoczął romans z jednym z menedżerów amerykańskiego oddziału wytwórni Electra. Choć Austin zerwała z frontmanem Queen, ich przyjaźń przetrwała do jego śmierci. W jednym z późniejszych wywiadów Mercury powiedział: „Wielu kochanków pyta mnie, dlaczego nie potrafi zastąpić w moim życiu Mary. To jednak niemożliwe. Mary jest moją jedyną prawdziwa przyjaciółką i nie chcę nikogo innego. Nasz związek był jak małżeństwo”. Wiele z piosenek Queen było poświęconych Austin, a największą popularność zyskała spośród nich „Love Of My Life”. Mercury był również ojcem chrzestnym starszego syna swej dawnej ukochanej – Richarda.

Na początku lat 80. wokalista Queen coraz wyraźniej zaczął publicznie demonstrować swoje homoseksualne preferencje. Zapuścił wąsy, nosił głęboko wykrojony podkoszulek, mocno opięte spodnie, podkreślające umięśnione pośladki i wybujałe przyrodzenie. Taka moda obowiązywała wówczas w gejowskim środowisku Londynu i Nowego Jorku – i tak Mercury prezentował się na scenie. Pozostali muzycy również dostosowali się do swego lidera – przywdziali skórzane kurtki i spodnie, ścięli długie włosy, stając się perfekcyjnym wcieleniem stylu macho w rockowym wydaniu. Brytyjska prasa muzyczna, która od początku nie przepadała za Queen, wręcz znienawidziła zespół w tym okresie – muzycy stali się dla niej ucieleśnieniem zepsutych i próżnych gwiazd, które sprzeniewierzyły się etosowi młodzieżowych buntowników.

I było w tym wiele prawdy. Członkowie formacji zaczęli szybko prowadzić wystawny tryb życia. Po premierze albumu „Jazz” w 1978 roku zorganizowali w nowoorleańskim hotelu Fairmont słynny bankiet, podczas którego pięćset zaproszonych gości oglądało występy striptizerek, połykaczy ognia i zapasów błotnych. Na tacach roznoszono najwyższej próby kokainę, a wynajęte prostytutki oferowały wszystkim chętnym swe usługi. Impreza kosztowała podobno ponad dwieście tysięcy dolarów.

Zdaniem autorów dokumentalnego filmu „Freddie’s Millions” zrealizowanego dla BBC, Mercury wydał w ciągu całego swego życia ponad pięć milionów funtów na organizowanie wystawnych imprez. Na same narkotyki, przede wszystkim modną w tamtym czasie kokainę, przeznaczył aż pół miliona funtów. Większość swych najlepszych lat wokalista Queen spędził w 28-pokojowym domu w stylu gregoriańskim z dużym ogrodem, który kupił w Londynie za pięćset tysięcy funtów… w gotówce. Często bywał też w szwajcarskim Montreux, gdzie zafundował sobie z kolei dom z prywatnym studiem nagraniowym.

Mercury mógł prowadzić tak kosztowne życie dzięki ogromnemu sukcesowi komercyjnemu Queen. W latach 80. zespół zmienił radykalnie swój styl – wykorzystując modę na syntezatorowe brzmienie, sięgnął po modne wówczas disco, funk i pop, dzięki czemu wylansował takie przeboje jak „Radio Ga Ga”, „I Want To Break Free”, „Friends Will Be Friends” czy „Who Wants To Be Live Forever”. Grupa występowała na całym świecie – nie odmówiła sobie nawet koncertu w ówczesnej Republice Południowej Afryki, mimo nałożonych przez ONZ sankcji na ten kraj za prowadzenie polityki apartheidu. Do historii rocka przeszedł występ Queen na stadionie Wembley podczas koncertu Live Aid w dniu 13 lipca 1985 roku. Mercury śpiewający z ogromnym tłumem „We Will Rock You” i „We Are The Champions” – to najbardziej pamiętny obrazek (obok występu Bono i U2) z tego słynnego wydarzenia.

Od 1985 roku wokalista Queen mieszkał w Londynie ze swym partnerem Jimem Huttonem. Na trzy tygodnie przed śmiercią przestał brać lekarstwa, zażywając jedynie środki przeciwbólowe. W swoim testamencie zapisał najwięcej Mary Austin – połowę swego majątku oraz połowę z wszystkich obecnych i przyszłych tantiem. Ukochana Mercury’ego odziedziczyła również wspaniały dom wokalisty w Londynie i mieszka w nim z rodziną do dziś. Okalający go mur pokryły po śmierci frontmana Queen liczne napisy, którymi fani wyrażali uwielbienie dla swego idola. Mimo że mur jest regularnie czyszczony przez miejskie służby, napisy pojawiają się bezustannie do dzisiaj.

Królowa wiecznie żywa

Początkowo wydawało się, że po śmierci Mercury’ego Queen nigdy już nie wróci na scenę. Jak to jednak zwykle bywa w świecie rocka, zarówno fani, jak i menedżerowie nie dawali spokoju Mayowi i Taylorowi. Kiedy w 2004 roku ten pierwszy wystąpił na jednym z koncertów obok dawnego wokalisty formacji Free i Bad Company, Paula Rodgersa, pojawił się pomysł, aby zastąpił on nieżyjącego frontmana podczas ewentualnej reaktywacji Queen. I stało się – rok później muzycy ruszyli we wspólną trasę koncertową. Widzów nie zabrakło, ale krytyka była bardziej powściągliwa: męski, dysponujący bluesowym wokalem Rodgers, nijak nie pasował dla większości przebojów Queen. Mimo to projekt przetrwał aż cztery lata.

May i Taylor nie dali jednak za wygraną. Dwa lata później zaskoczyli wszystkich informacją, że ponownie ruszają do boju – tym razem z amerykańskim wokalistą, Adamem Lambertem przy mikrofonie. Początkowo dawni fani nie byli zachwyceni tą decyzją: młody piosenkarz nie miał wiele wspólnego z rockiem, specjalizował się w tanecznym popie, jedynie jego upodobanie do skórzanych strojów i otwarcie deklarowany homoseksualizm sprawiały, że niektórzy mogli w nim widzieć następcę Mercury’ego. Wszelkie obawy rozwiały pierwsze koncerty – Lambert okazał się świetnym showmanem, znakomicie czującym muzykę Queen, nieobawiającym się eksponować swego upodabnia do kiczu i gejowskiej (nad)wrażliwości. Fani i krytycy zaakceptowali młodego Amerykanina.

To dopiero z Adamem Lambertem w składzie Queen dotarł po raz pierwszy do Polski z koncertem. Było to cztery lata temu we Wrocławiu. Z kolei rok temu muzycy dali spektakularny występ w pękającej w szwach Tauron Arenie w Krakowie. „Trudno znaleźć jakieś słabe strony krakowskiego koncertu Queen. Trudno też wybrać najlepsze momenty – było ich po prostu zbyt dużo. Niełatwo ocenić czy lepiej wypadł wytatuowany Roger Taylor śpiewający „A Kind of Magic” i walczący w perkusyjnej bitwie z synem, czy też Brian May grający 10-minutową solówkę (albo robiący sobie trójwymiarowe selfie z publicznością) czy może w końcu Adam Lambert śpiewający „w duecie” z Freddie’em, plujący szampanem i kończący występ w koronie i złotym garniturze” – pisaliśmy wtedy. A już w czerwcu muzycy pokażą się w Polsce ponownie w ramach Live Festival Oświęcim. Na pewno znów spotkają się ze wspaniałym przyjęciem. Bo pomimo wzlotów i upadków Polacy kochają Queen bezgranicznie.

– Za czasów żelaznej kurtyny docierały do nas różne pogłoski o popularności Queen w Polsce i innych krajach bloku wschodniego, ale w tamtych czasach nie wiadomo było komu wierzyć. Komunikacja była przecież zupełnie inna niż obecnie. Ciekawił nas wschód Europy, ale przez wiele lat to był dla nas teren zakazany. Po raz pierwszy zagraliśmy w tej części świata w Budapeszcie na Węgrzech. To było coś niesamowitego – bo na koncert przyjechali fani z wszystkich krajów zza żelaznej kurtyny, w tym również z Polski. Zastanawiałem się wtedy, skąd oni wszyscy znają nasze piosenki, skoro nie występowaliśmy u was i nasze płyty nie ukazywały się na waszych rynkach. Dopiero potem poznałem bliżej pewnego fana z Armenii – i on opowiedział mi, jak za komunistycznych czasów ludzie za żelazną kurtyną przegrywali sobie nasze piosenki z kasety na kasetę, tworząc taki nielegalny obieg. Bardzo mnie to poruszyło. Tym bardziej cieszę się, że teraz możemy u was grać i wszyscy mogą nas zobaczyć twarzą w twarz – powiedział Brian May.

z onet.pl

P.S. Tekst zawiera liczne błędy.

Brian May: nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że gwiazdorzę

Brian May – ikona muzyki, legendarny rockman, jeden z najlepszych gitarzystów świata. Kerry Ellis – wokalistka, która za sprawą swojego głosu zachwyciła muzyka Queen. Wspólnie 2 marca wystąpią w Centrum Kongresowym w Krakowie. W rozmowie z Onetem zdradzili, co przygotowali dla polskiej publiczności, Kerry wyjaśniła, czego nauczyła się od Maya, a on sam sprostował, że nie zachowuje się jak gwiazda. Oprócz tego radzi, jak należy myśleć o muzyce, porównuje wielkie widowiska Queen do pewnej zabawy i tłumaczy, jaki wpływ na przyszłość muzyki będzie miała śmierć Davida Bowiego. Sprawdźcie, co jeszcze zdradzili nam artyści!

Chociaż mogłoby się wydawać, że Brian May i Kerry Ellis pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, wspólnie tworzą duet idealny. Nie tylko uzupełniają się w swojej twórczości, ale też sprawiają wrażenie, jakby przyjaźnili się całe życie. Miałam okazję przeprowadzić z nimi krótki wywiad. Tuż przed rozmową dostałam informację, że Brian May nie może przebywać w jednym pomieszczeniu z Kerry, dlatego muszę połączyć się z nimi telefonicznie w dosyć skomplikowany sposób. Muzyk Queen zachrypniętym głosem bardzo mnie za to przepraszał i już przy przywitaniu rozbawił mnie i Kerry Ellis do łez.

2 marca Kerry Ellis wystąpi wraz z Brianem Mayem w krakowskim Centrum Kongresowym. Oprócz tego gitarzysta wraz z zespołem Queen i Adamem Lambertem w czerwcu zamknie swoim występem Life Festival Oświęcim.

Katarzyna Gawęska: Cześć, jak się macie?

Brian May (BM): Cześć!

Kerry Ellis (KE): Cześć!

BM: Czeeeeeść! [śmiech]

KE: Czuję się świetnie, a wy?

BM: Bosko!

Chyba już się przywitaliśmy, więc możemy zaczynać? [śmiech]

BM: Oczywiście, ale wcześniej chciałbym powiedzieć jeszcze jedno… Zaskoczę was: cześć, Kasia! Cześć, Kerry! [śmiech] Jejku, jestem niesamowicie podekscytowany tym, że możemy w trójkę uciąć sobie pogawędkę. Kasia, przepraszam cię za to, że musiałaś łączyć się z nami w tak skomplikowany sposób. Nie chciałbym, żebyś sobie pomyślała, że coś jest ze mną nie tak, że gwiazdorzę i nie mogę przebywać w jednym pomieszczeniu z Kerry. Jestem chory i nie chciałem jej zarazić, dlatego pomyślałem o konferencji telefonicznej.

KE: To też fajne, bo możemy udawać, że wszyscy razem pracujemy i mamy teraz spotkanie biznesowe!

Wy już razem pracujecie, a ja mam wobec tego kilka pytań. Kerry, ty zaczynałaś od musicali. Freddie Mercury śpiewał w dosyć teatralny sposób, o Adamie Lambercie można powiedzieć to samo. Brian, wygląda na to, że tego szukasz w ludziach, z którymi nawiązujesz współpracę.

BM: Rzeczywiście, to wygląda tak, jakbym miał jakiś fetysz [śmiech]. Tak naprawdę nigdy tego nie zauważyłem, ale gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że w pewnym sensie jest to ułatwienie. Wiesz, kieruję się instynktem. Zresztą, chyba taka już ludzka natura. Jestem pewien, że ty też pracujesz z ludźmi, którzy cię inspirują, z którymi lubisz przebywać. Jeśli jest inaczej, to pewnie nie powinnaś tego kontynuować. Jeśli jednak masz takie szczęście, że twoi współpracownicy są tak samo twórczy, jak ty i jesteście w stanie wykorzystać wasz wspólny potencjał, to nie powinnaś z tego rezygnować. Właśnie tego szukam w ludziach – kreatywności, inspiracji, dobrej energii.

Ale wracając do sposobu śpiewania osób, z którymi miałem szansę współpracować, to chyba jest tak, że szukam ludzi nieprzeciętnych, którzy potrafią zaśpiewać wszystko. Ja nie byłbym w stanie zachowywać się tak, jak Kerry, Adam, czy Freddie. Nie umiem wystawić takiego show, nie jestem teatralny. To nie znaczy, że nie jestem twórczy – po prostu te trzy osoby są w pewnym stopniu moimi przeciwnościami. Uwielbiam teatr, ale z natury nie jestem wybuchowy, więc nie umiałbym się wczuć w każdą rolę, jeśli chodzi o muzykę.

Co takiego było w Kerry, że postawiłeś akurat na nią?

BM: Kerry jest wyjątkowa pod każdym względem. To niezwykle oddana osoba, która potrafi w pełni się w coś zaangażować i dać z siebie wszystko. Oczywiście ma też cudowny, przejmujący głos. Powiedziałbym, że w tym przypadku los po prostu zesłał nas sobie nawzajem. Wszystko zaczęło się od musicalu „We Will Rock You”, w którym wcieliła się w postać Meat. Pamiętam, że kiedy przyszła na casting, pomyślałem sobie, że pozostali kandydaci nie dorastają jej do pięt. Potrafiła zainteresować sobą widza, pasowała do tej roli bardziej, niż ktokolwiek inny. Gdyby nie pojawiła się na tamtym przesłuchaniu, pewnie i tak prędzej czy później bym na nią trafił. Jeśli teraz otoczyłby ją milion osób, i tak od razu bym ją znalazł. Wyróżnia się z tłumu jak nikt inny.

Podczas trasy Born Free chcieliście zwrócić uwagę ludzi na waszą działalność na rzecz fundacji o tej samej nazwie. Czy to nie jest w pewnym stopniu walka z wiatrakami? Naprawdę myślicie, że muzyka może pomóc rozwiązać społeczno-polityczne problemy?

KE: Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Myślę, że każdy z nas ma głos. Tym bardziej teraz, w erze mediów społecznościowych. Kiedy przeglądam Facebooka albo Twittera, natychmiast zauważam, że ludzie ciągle słuchają muzyki, bo mają do niej większy dostęp. Mogą też wyrazić swoje opinie, więc teraz każdy z nas ma głos. W sieci ludzie mogą łączyć się w bardzo liczne grupy. Rząd nie ma wyjścia – politycy muszą słuchać społeczeństwa. To na pewno nowy sposób komunikacji, ale wydaje mi się, że jest skuteczny.

Wiem, jak wygląda koncert Queen, ale wasze koncerty to zupełnie co innego. Trochę ciężko jest mi to sobie wyobrazić.

BM: Byłaś na koncercie Queen w Krakowie?

Tak.

BM: I jak, daliśmy radę? Podobało ci się? Chciałbym wiedzieć, co sądzisz.

Byłam zachwycona, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak Adam poradzi sobie na scenie, więc podchodziłam do tego bardzo sceptycznie, ale podczas tamtego show zrobił na mnie ogromne wrażenie i udaje mu się to powtarzać za każdym razem, gdy go widzę [śmiech]. To było wielkie widowisko, cudowne przeżycie.

BM: Ulżyło mi! Mam nadzieję, że koncert w Krakowie, który zagram z Kerry, też ci się spodoba. Chociaż rzeczywiście trudno jest sobie to wyobrazić, bo nasze występy są zupełnie różne od koncertów Queen.

KE: Tak, zdecydowanie się od siebie różnią. Nasze koncerty są o wiele bardziej intymne… Brian i ja stoimy na scenie… Jest jeszcze Jeff, który gra na klawiszach. Jest niesamowity. Za nami na jest wielki ekran. Te koncerty są nieformalne. Jesteśmy blisko ludzi, widzimy ich, rozmawiamy z nimi, śpiewamy. Nasze wspólne występy są… Myślę, że słowo „osobiste” dobrze je opisuje. Czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli w naszych własnych salonach i staramy się, żeby tak samo poczuli się widzowie. Wszyscy, którzy przychodzą nas posłuchać, są naprawdę blisko nas.

Długo zajęło ci przywyknięcie do tego, że teraz koncertujesz, a nie występujesz w musicalach?

KE: O Boże, ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo koncerty i musicale się od siebie różnią! Przyzwyczajenie się do koncertowania trochę mi zajęło, muszę to przyznać. Trzeba nabyć zupełnie nowe umiejętności. Jeśli się nie mylę, to moja pierwsza trasa koncertowa z Brianem odbyła się pięć lat temu. W tym czasie musiałam dowiedzieć się, jaką chcę być artystką i wiele się nauczyć. Brian pomógł mi w tym bardziej niż ktokolwiek inny. To najlepszy nauczyciel, jakiego mogłabym sobie wymarzyć. Pozwolił mi się uczyć, popełniać błędy, wyciągać wnioski, eksperymentować i rozwijać swoje umiejętności. Nadchodząca trasa zapowiada się zupełnie inaczej niż ta sprzed pięciu lat. Teraz jestem podekscytowana perspektywą wyjazdów i koncertowania, ale kiedyś taka wizja mnie przerażała. Ze śpiewaniem nie miałam żadnego problemu, ale trudność sprawiało mi mówienie, komunikowanie się z ludźmi. Teraz mnie to ekscytuje… No dobra, może nie ekscytuje – po prostu się do tego przyzwyczaiłam [śmiech]. Ale to zupełnie inny świat niż musicale, do których przygotowywane są scenariusze i trzeba wcielić się w jakąś postać.

Brian, a czego ty w takim razie nauczyłeś się od Kerry?

KE: Podoba mi się to pytanie [śmiech].

BM: Wow, to pytanie jest bardzo dobre! Chyba wielu rzeczy uczyliśmy się wspólnie. Nasza współpraca jest dla nas dalej nowością. Muzyka Queen to podniosłe piosenki z dużą dozą dramaturgii. Jesteśmy bardzo głośni… Zresztą, nie ma sensu, żebym ci to mówił, bo przecież dobrze o tym wiesz. Od lat w połowie prawie każdego koncertu śpiewam „Love of My Life”. To tylko jedna scena w całym przedstawieniu, podczas której na chwilę zapanowuje spokój. Koncerty Queen, jak wszystkie rockowe koncerty, przypominają mi trochę zabawę na trampolinie – zaczynasz skakać i nie możesz przestać [śmiech]. Bardzo trudno jest się zatrzymać.

W przypadku mnie i Kerry możemy skontrolować wszystko, co się dzieje, co do sekundy. Jeśli w połowie koncertu mamy ochotę zrobić sobie przerwę, możemy to zrobić. Jeśli chcemy coś zmienić, to zmieniamy to, odkrywamy nowe formy kontaktu z publicznością. To jest coś, czego uczę się przy Kerry, bo jest zupełnie inaczej niż w Queen. Jak już mówiła, mamy bezpośredni kontakt z publicznością, co na koncertach Queen byłoby niemożliwe. Kiedy z nią występuję, możemy być spontaniczni. W takich sytuacjach zauważam też, że piosenki zyskują inny rodzaj mocy. Odkrywamy utwory, w których kryje się całe mnóstwo emocji, a to właśnie dzięki nim możemy się komunikować z naszymi słuchaczami – tak samo, jak oni, śmiejemy się, płaczemy. To chyba właśnie w ten sposób muzyka staje się częścią twojego życia – nie można jej analizować, trzeba po prostu czuć.

To dlatego eksperymentujecie z wieloma gatunkami muzycznymi? W ten sposób zaczynacie odczuwać emocje, których wcześniej nie znaliście?

KE: O tak, zdecydowanie. Nasza setlista cały czas się zmienia, bo sami wybieramy utwory, które chcemy zaprezentować naszym słuchaczom. Najbardziej interesujące w naszej współpracy jest chyba to, że zawsze łączymy na naszych koncertach piosenki z różnych lat i z różnych gatunków. Ostatnio występowaliśmy z Russem Ballardem, więc wypróbowaliśmy też jego utwory. Bez przerwy szukamy nowych piosenek, a co za tym idzie, także nowych emocji. Dzięki temu każdy z naszych koncertów jest wyjątkowy.

Brian, chciałam cię zapytać o wydarzenia, o których w ostatnich tygodniach mówi cały świat. Zmarł Scott Weiland, Lemmy Kilmister, David Bowie, z którym Queen nagrał „Under Pressure”. Od tego czasu ludzie są przerażeni tym, co się stanie z muzyką.

BM: Wiem, że ludzie z całego świata martwią się o przyszłość muzyki, ale ja nie mam żadnych wątpliwości na temat tego, że młodzi ludzie nadal będą kochali i tworzyli rock and roll.

Muszę przyznać, że kiedy słyszę, jak ty wypowiadasz te słowa, to od razu jest mi lepiej i przestaję się martwić [śmiech].

BM: I tak powinno być [śmiech]. Wszyscy słuchamy muzyki, siedzimy w tym razem. Tak już jest, że ludzie pojawiają się na świecie, a później z niego znikają, ale mam wrażenie, że obecnie na rynku muzycznym jest naprawdę wielu wspaniałych, młodych artystów. Musimy cały czas się rozwijać, szukać możliwości, żeby pozwolić ludziom usłyszeć nasz talent, co może być bardzo trudne, ale mimo to sądzę, że nie ma potrzeby panikować. Wszyscy po prostu musimy iść przed siebie, tworzyć sztukę, nagrywać muzykę. Myślę, że damy sobie radę, jeśli tylko zaczniemy traktować innych ludzi oraz zwierzęta lepiej, niż wychodzi nam to teraz. Osobiście uważam, że jest dla nas nadzieja.

Wiem, że Adam Lambert jest stale krytykowany za to, że występuje jako wokalista Queen, chociaż osobiście uważam, że bardzo niesłusznie.

BM: Poznałaś Adama? Polubiłaś go?

Dwa razy przeprowadzałam z nim wywiad i bardzo chętnie bym to powtórzyła.

BM: Zastanawiam się, czy jest na świecie osoba, która po poznaniu Adama go nie kocha [śmiech]. Przepraszam, przerwałem ci.

Wasza współpraca też spotyka się z tak dużą krytyką?

BM: Przez te wszystkie lata tworzenia muzyki pogodziłem się z faktem, że naprawdę nie da się sprostać oczekiwaniom wszystkich ludzi. To, co robię z Kerry, spotyka się raczej z pozytywnymi reakcjami, ale to pewnie wynika z faktu, że wobec naszej dwójki nie ma tak naprawdę wysokich oczekiwań. Z Queen jest inaczej, bo ludzie zawsze porównają to, co robimy teraz, do dawnych czasów. Oczywiście, zmieniliśmy się, ale właśnie dlatego współpraca z Kerry sprawia mi tak dużą radość. Robimy coś nowego, więc nie dajemy ludziom zbyt wielu powodów do tego, żeby oczekiwali od nas czegoś oprócz tego, co im dajemy.

W takim razie co planujecie zrobić w najbliższym czasie, jeśli chodzi o waszą twórczość?

BM: Ja na pewno po tym wywiadzie już nigdy nie odezwę się do Kerry [śmiech].

KE: Tak, to już koniec, nic nas już nie czeka [śmiech].

BM: A tak na poważnie, mamy w planach wydanie nowego albumu! Nagraliśmy już ponad połowę potrzebnego materiału. Kerry, zapomniałem o czymś?

KE: Zgadza się, nagrywamy album i mamy też nadzieję, że po jego premierze uda nam się zagrać jeszcze więcej koncertów. Jeśli chodzi o moją współpracę z Brianem, mamy ten problem, że możemy pracować tylko jeśli Brian nie jest zajęty Queen, a ja moją solową działalnością. Mimo to, kiedy tylko mamy wolne terminy, spotykamy się i pracujemy nad naszym projektem. Mogę cię zapewnić, że jeszcze o nas usłyszysz [śmiech].

BM: Jestem pod wrażeniem tej odpowiedzi, te plany na przyszłość bardzo mi pasują.

KE: No wiesz, kiedyś musiałam cię poinformować, że jeszcze będziesz musiał mnie widywać [śmiech].

Dziękuję wam za tę rozmowę, to była dla mnie prawdziwa przyjemność.

KE: My również dziękujemy!

BM: To my dziękujemy tobie, Kasia. To była bardzo miła rozmowa. Pojawisz się na naszym koncercie?

Na pewno mnie tam nie zabraknie!

BM: Wspaniale! Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawiła! Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia w Krakowie!

z onet.pl

Adam Lambert: nigdy nie będzie drugiego Freddiego Mercury’ego

Przed występem na ESKA Music Awards Adam Lambert porozmawiał z Onetem o swoim albumie, na którym jego fani „odnaleźli akceptację i miłość” i singlu „Ghost Town”, który najbardziej docenili Polacy. Wokalista Queen wyjaśnił, jak to jest występować z grupą zamiast Freddiego Mercury’ego oraz co zrobiła Madonna, że pomyślał: „O rany… Tragedia!”. Zdradził nam, czy lubi przepych show-biznesu i jak tworzy się hip-hopową piosenkę z legendą rocka.

Adam Lambert już drugi raz w tym roku przyjechał do Polski. Za pierwszym razem 21 lutego wraz z grupą Queen zawitał do Krakowa, aby w Tauron Arenie zagrać koncert. Każdy, kto nie wiedział, jak legendarny zespół zaprezentuje się z 33-letnim wokalistą, który występuje na scenie zamiast Freddiego Mercury’ego, wyszedł z tamtego koncertu pozytywnie zaskoczony. Adam Lambert sam przyznaje, że „drugiego Freddiego Mercury’ego nigdy nie będzie”, dlatego zamiast zastępować wokalistę, woli oddawać mu hołd.

Nasza rozmowa dotyczyła jednak przede wszystkim solowego albumu Adama Lamberta, „The Original High”. Podczas ostatniej wizyty w Polsce, 29 sierpnia artysta zaprezentował dwie piosenki z tego krążka na ESKA Music Awards, gdzie został okrzyknięty najlepszym zagranicznym artystą. Lambert wykonał „Another Lonely Night” oraz „Ghost Town”, czyli singiel, który odniósł ogromny sukces na całym świecie, szczególnie w Polsce.

Adam Lambert na scenie sprawia wrażenie osoby, która w świecie show-biznesu czuje się jak ryba w wodzie. Sam przyznaje, że „lubi odrobinę przepychu”, ale na żywo zupełnie nie przypomina showmana, w którego zamienia się na czas koncertów. W umówionym miejscu pojawił się przed czasem, a podczas rozmowy zachowywał się niezwykle skromnie. Okazało się też, że Adam jest… mistrzem selfie. „Jestem fanem selfies. Ustawmy się tutaj, będzie lepsze światło” – mówił po wywiadzie. Szeroki uśmiech Adama Lamberta hipnotyzuje, tak samo, jak jego głos.

z onet.pl

Queen razy 10

Dlaczego w rodzinnym mieście nie chcą słyszeć o Freddiem Mercurym? Jakie ukryte znaczenia zawiera logo kapeli? Dzięki jakiemu fortelowi grupa ukradła show na legendarnym koncercie Live Aid? Jak gitarzysta Brian May nazywa swoją formację, odkąd dołączył do niej Adam Lambert? Co działo się na legendarnych imprezach zespołu? Przed krakowskim koncertem Queen, który odbędzie się 21 lutego w Kraków Arenie, przypominamy dziesięć migawek z historii brytyjskiej formacji, wraz z towarzyszącymi im mało znanymi faktami i anegdotami.
1. Freddie zmienia skórę

- Rano zawsze budził mnie służący, dostawałem szklankę soku pomarańczowego i wychodziłem z domu prosto na plażę – wspominał swoje dzieciństwo Freddie Mercury. Naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara, urodził się w 1946 roku w Stone Town, starej dzielnicy Zanzibar City, stolicy afrykańskiej wyspy o tej samej nazwie. Jego rodzice byli zaratusztrianami, potomkami perskiej grupy religijnej, która wieki temu opuściła swoją ojczyznę, osiedliła się w Indiach, a stamtąd rozjechała po całym Imperium Brytyjskim. Na europejsko brzmiącego Freddiego Farrokh zmienił imię w indyjskiej szkole, do której wysłała go rodzina. Tam też poznał rock’n’rolla, założył swój pierwszy zespół. Gdy na Zanzibarze w 1964 wybucha rewolucja, rodzina Bulsarów ucieka do kuzynów w Londynie. Freddie trafia do centrum muzycznego świata. Idzie do szkoły artystycznej, próbuje śpiewać. Przedstawia się jako Fred Bull, potem wybiera pseudonim Mercury. Jak rzymski posłaniec bogów. – Zrzucił dawną skórę – uważał gitarzysta Brian May. Jego dwuznaczna seksualność bulwersowała krewnych. – Nie jest już jednym z nas – mówiła po latach dziennikarzom jego kuzynka. Na rodzinnym Zanzibarze widzą w nim głównie homoseksualistę, a nie światową gwiazdę. W 2004 na wyspie rządząca islamska większość oficjalnie zakazała stosunków homoseksualnych. – Nie chcemy podsuwać młodzieży takich wzorców – mówią jej przywódcy, poirytowani ciągnącymi na wyspę pielgrzymkami fanów Freddiego.

2. Brian chwyta za gitarę

Mógł być szanowanym naukowcem. Po maturze trafił do prestiżowego Imperial College w Londynie. Studiował matematykę, astronomię i fizykę. Ostatni z tych kierunków ukończył z wyróżnieniem. Trzy dekady później, już jako gwiazda rocka, napisał doktorat z astronomii. Ale młodszy o rok od Freddiego Brian May zamiast nauki wybrał muzykę. Dorastał w skromnym domu, więc gdy jako nastolatek postanowił przesiąść się z gitary akustycznej, na której uczył się grać od szóstego roku życia, na instrument elektryczny, zamiast namawiać rodziców na poważny wydatek, postanowił wykorzystać swoje techniczne zdolności i zbudować go sam. Praca trwała 2 lata. Z pomocą ojca, inżyniera elektronika, skonstruował Red Special – gitarę, która stała się ikoną Queen nieomal w tym samym stopniu co wąsy Mercury’ego. Do jej konstrukcji wykorzystał kawałki mahonia, które pochodziły ze 100-letniego kominka. Pamiątką po pochodzeniu drewna są podobno dziury po kornikach w główce gitary, ale też wyjątkowe brzmienie instrumentu, które według Briana jest zasługą wieku wykorzystanych w nim materiałów.

3. Pożegnanie ze Smile

Pierwszy poważny zespół Mercury’ego nazywał się Ibex. Pierwszy ważny w karierze Maya – 1984. Pod koniec lat 60. obaj związani byli z grupą Smile. Brian grał w niej na gitarze. Freddie był zagorzałym fanem i przyjacielem występujących w niej muzyków. Był fanem Jimiego Hendrixa, kupił sobie nawet instrument i zawzięcie na nim ćwiczył. Ggy grupa po zmianach w składzie straciła kontrakt płytowy, Freddie wziął na siebie rolę wokalisty i namówił pozostałych muzyków na zmianę nazwy. Uparł się, że nowy szyld musi być krótki. Zaproponował Queen. W slangowym angielskim tym słowem określano homoseksualistów. May i perkusista Roger Taylor, nie zdając sobie do końca z seksualnych preferencji swojego wokalisty, przystali na ten pomysł, uznając go za ironiczny i dowcipny. Gdy do grupy po paru miesiącach w 1970 dołączył basista John Deacon, Mercury zaprojektował też logo grupy. Obok korony oraz unoszącego się nad wszystkim Feniksa zawiera ukryte odniesienia do znaków zodiaku poszczególnych muzyków – widać na nim dwa lwy (Taylor i Deacon), raka (May) oraz elfy, które mają symbolizować znak Freddiego, czyli Pannę.

4. Noc w Rainbow Theater

Na pierwszy wielki przebój czekali aż cztery lata. Choć pierwotnie opierali brzmienie na hard i art rocku, wykrojony z płyty „Sheer Heart Attack” numer „Killer Queen” zaskakiwał odniesieniami do starego, dobrego angielskiego wodewilu. Skończyły się czasy biedowania, gdy muzycy żyli dzięki pensji z wytwórni, która wydzielała im po 20 funtów tygodniowo. Nie mogła ich teraz zatrzymać nawet choroba gitarzysty – May zemdlał na koncercie, zdiagnozowano u niego zapalenie wątroby. Gdy w 1974 grupa kończy promocję nowego albumu listopadowymi koncertem w Londynie, słynny Rainbow Theatre, sala, w której na co dzień grają wyłącznie największe gwiazdy, pęka w szwach. Wyprzedana impreza prowokuje kapelę do szybkiego zorganizowania dodatkowego występu. Freddie nareszcie czuje się w swoim żywiole. Na scenie występuje w specjalnie zaprojektowanych na tę okazję kostiumach. – Stworzyłem potwora. Ten potwór to ja. Od dziecka o tym marzyłem. A teraz nie ma już od tego ucieczki. Zmieniam się, gdy wychodzę na scenę. Staję się showmanem doskonałym. Ale im bardziej nim jestem, tym bardziej chcę od niego uciec. Nie wiem, czy jestem w stanie to kontrolować – mówi po latach.

5. Bohemian Rhapsody

- Chciałem ten numer nagrać od dawna. Ale czekałem na czwartą płytę – mówił Freddie o „Bohemian Rhapsody”. Bombastyczna piosenka wybrana do promocji albumu „Night At The Opera” podniosła ekstrawagancje Queen na zupełnie nowy poziom. Epicka, łącząca stylizowane na operę wokale i hardrockowe fragmenty kompozycja była wyzwaniem dla realizatorów. Nakładane na siebie kolejne warstwy wokali zdarły taśmę magnetofonową. – Można było pod światło patrzeć przez nią na wylot – śmiał się May. Aby wypromować ambitny, 6-minutowy singel grupa zrealizowała specjalny wideoklip. Sukces wydanego 31 października 1975 roku singla i towarzyszącego mu filmiku był oszałamiający. Tylko do początku 1976 roku w Wielkiej Brytanii rozszedł się milion egzemplarzy płytki. „Bohemian Rhapsody” jest jedyną piosenką w historii brytyjskiej listy przebojów, która była gwiazdkowym numerem w dwóch różnych latach. Do dziś w rozmaitych plebiscytach numer wygrywa tytuł najlepszej piosenki wszech czasów (ostatnio trzy lata temu w głosowaniu urządzonym przez stację telewizyjną ITV). A film towarzyszący utworowi uważany jest za początek ery muzycznych teledysków.

6. Królowie życia

Czym byłaby legenda Queen bez szalonych imprez? – Żyję pełnią życia. A brak umiaru to część mojej natury – mówił o sobie Freddie. W drugiej połowie lat 70. odkrył gejowskie kluby w Nowym Jorku. Wcześniej nie dawał tak jednoznacznie do zrozumienia, jakiej jest orientacji seksualnej. Teraz rzucił się w wir nocnego życia. Podobno miał gorący romans z rosyjskim baletmistrzem Rudolfem Nuriejewem. Zmienił swój image na jednoznacznie kojarzący się z gejowską subkulturą. Ale sam korzystając z życia, nie zapominał też o innych. Po jednym z koncertów zaprosił dziennikarzy za kulisy, gdzie szampana serwowało 12 nagich kelnerek. Na swoich 32. urodzinach śpiewał gościom musicalowe arie. Ale wszystko przebiła impreza z końca 1978 roku, na której Queen promowało album „Jazz”. 400 gości zaproszonych do wynajętego w Nowym Orleanie hotelu bawiło się wśród zatrudnionych przez grupę drag queens, striptizerek, tancerzy voodoo i innych groteskowych postaci. Pod sufitem wiły się modelki zamknięte w klatkach. Jedna z nich, naga, wjechała na salę na wielkiej tacy z surową wątróbką. Po takich relacjach ktoś jeszcze wierzy Brianowi Mayowi, gdy zapewnia po latach, że opowieść o karłach rozdających na jakiejś balandze zespołu kokainę na złotych tacach to kompletna bujda?

7. Live Aid

W 1984 wo­ka­li­sta Bo­om­town Rats Bob Gel­dof wpadł na po­mysł na­gra­nia cha­ry­ta­tyw­ne­go sin­gla, z któ­re­go do­chód prze­zna­czo­ny zo­stał­by na pomoc gło­du­ją­cej Afry­ce. Numer „Do They Know It’s Chri­st­mas” stał się prze­bo­jem, a jed­no­ra­zo­wa akcja za­mie­ni­ła w wiel­ką kam­pa­nię. Jej zwień­cze­niem był kon­cert trans­mi­to­wa­ny na cały świat. Na lon­dyń­skim We­mbley oraz sta­dio­nie Johna F. Ken­ne­dy’ego w ame­ry­kań­skiej Fi­la­del­fii 13 lipca 1985 ścią­gnę­ły naj­więk­sze gwiaz­dy show-biz­ne­su. W tym rów­nież Queen. – Czy ktoś pa­mię­ta, kto wy­stą­pił wcze­śniej czy potem? Nie. Li­czył się tylko Fred­die i jego ze­spół – wspo­mi­nał potem ktoś z ob­słu­gi kon­cer­tu. Mer­cu­ry wy­szedł na scenę tak, jak przy­je­chał ze swo­je­go lon­dyń­skie­go domu. W spra­nych błę­kit­nych dżin­sach i bia­łej ko­szu­li z pod­wi­nię­ty­mi rę­ka­wa­mi. I mimo pro­ble­mów z gar­dłem – le­karz za­bra­niał mu tego dnia śpie­wać – za­hip­no­ty­zo­wał kil­ku­dzie­się­cio­ty­sięcz­ny tłum, który kla­skał w rytm pio­sen­ki „Radio Ga Ga”. – Ukra­dli show. Nie mo­głem zro­zu­mieć, jakim cudem za­brzmie­li tak do­brze i gło­śno – opo­wia­dał Gel­dof. We­dług umowy na Live Aid nikt nie miał prawa do wcze­śniej­szej próby dźwie­ku. Ale tuż przed wyj­ściem na scenę dźwię­ko­wiec Queen za­kradł się do kon­so­le­ty i w ta­jem­ni­cy pod­krę­cił po­ten­cjo­me­try. Ze­spół wy­padł per­fek­cyj­nie. – Wielu ar­ty­stów grało tego dnia swoje nowe sin­gle. Kom­plet­nie tego nie ro­zu­miem. Pu­blicz­ność cze­ka­ła na hity – dzi­wił się potem Fred­die. Dla­te­go jego ka­pe­la poza wspo­mnia­nym „Radio Ga Ga” za­gra­ła frag­ment „Bo­he­mian Rhap­so­dy”, „We Will Rock You” oraz „We Are The Cham­pions”. 20 minut, które prze­szło do le­gen­dy, na całym świe­cie oglą­da­ły dzię­ki trans­mi­sji te­le­wi­zyj­nej pra­wie 2 mi­liar­dy ludzi.

8. Śmierć Freddiego

O tym że wo­ka­li­sta może być za­ra­żo­ny wi­ru­sem HIV, bru­ko­wa prasa bry­tyj­ska do­no­si­ła już w 1986 roku. Fred­die za­prze­czał tym plot­kom. Po­dob­no jed­nak roz­wi­ja­ją­ce się AIDS zdia­gno­zo­wa­no u niego już wio­sną na­stęp­ne­go roku. Wo­ka­li­sta wciąż utrzy­my­wał to w ta­jem­ni­cy, ale nagła, trwa­ją­ca całe mie­sią­ce, prze­rwa w kon­cer­tach Queen da­wa­ła me­diom i fanom do my­śle­nia. Gdy zimą 1990 Mer­cu­ry po­ja­wił się na gali BRIT Awards, widać było wy­raź­nie, w jak złej jest for­mie. Je­sie­nią ta­blo­id „The Sun” ogło­sił ofi­cjal­nie „Fred­die jest po­waż­nie chory”, pu­bli­ku­jąc na dowód zdję­cia ar­ty­sty. Mimo to naj­bliż­si przy­ja­cie­le i współ­pra­cow­ni­cy wciąż nie po­twier­dza­li me­dial­nych spe­ku­la­cji. Stan wo­ka­li­sty ukry­wa­no także pod­czas pro­mo­cji płyty „In­nu­en­do”, ma­sku­jąc jego formę w te­le­dy­skach ani­ma­cją albo gru­bym ma­ki­ja­żem. Mer­cu­ry wydał spe­cjal­ne, po­twier­dza­ją­ce jego cho­ro­bę oświad­cze­nie do­pie­ro 23 li­sto­pa­da 1991 roku. Po­dob­no zro­bił to, aby pomóc innym cho­rym – ujaw­nia­jąc swoją cho­ro­bę, li­czył, że po­mo­że to zdjąć z AIDS ety­kie­tę „dżumy XX wieku do­ty­ka­ją­cej wy­łącz­nie ludzi ze spo­łecz­ne­go mar­gi­ne­su”. Zmarł 24 go­dzi­ny póź­niej. Bez­po­śred­nim po­wo­dem było za­pa­le­nie płuc wy­wo­ła­ne ogól­nym spad­kiem od­por­no­ści or­ga­ni­zmu.

9. Życie po życiu

Queen bez Fred­die­go? To ab­surd. Tak przy­naj­mniej wy­da­wa­ło się po śmier­ci wo­ka­li­sty. Ale już pół roku póź­niej, w kwiet­niu 1992 na sta­dio­nie We­mbley ponad 70 ty­się­cy fanów oglą­da­ło kon­cert po­świę­co­ny pa­mię­ci Mer­cu­ry’ego. Były na nim mo­men­ty dziw­ne jak choć­by wo­ka­li­sta Me­tal­li­ki James Het­field śpie­wa­ją­cy numer „Stone Cold Crazy”, ale były też wy­bit­ne, jak Geo­r­ge Mi­cha­el in­ter­pre­tu­ją­cy „So­me­bo­dy To Love”. – Łzy sta­nę­ły mi w oczach – mówił potem May, gdy pu­blicz­ność pod­chwy­ci­ła trud­ny frag­ment linii wo­kal­nej w fi­na­le pio­sen­ki. Wy­stęp spro­wo­ko­wał plot­ki, że Queen może po­je­chać w trasę i na­grać płytę wła­śnie z Mi­cha­elem. Szyb­ciej na jaw wy­szła inna praw­da – Fred­die przed śmier­cią za­re­je­stro­wał jesz­cze wo­ka­le na ko­lej­ny album. „Made In He­aven” uka­zał się w 1995 roku, roz­cho­dząc się w na­kła­dzie 20 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Queen wy­stę­po­wa­li oka­zjo­nal­nie, za­pra­sza­jąc do skła­du El­to­na Johna, Lu­cia­no Pa­va­rot­tie­go, a nawet ra­pe­ra Wy­cle­fa Jeana (za­śpie­wał hi­pho­po­wą wer­sję „Ano­ther One Bites The Dust” na pły­cie „Gre­atest Hits III”). W końcu grupa (a wła­ści­wie już tylko May i Tay­lor, bo De­acon po­sta­no­wił za­koń­czyć mu­zycz­ną ka­rie­rę) w 2004 jako Queen + Paul Ro­gers po­je­cha­ła w trasę, potem na­gra­ła płytę z daw­nym wo­ka­li­stą ze­spo­łów Free i Bad Com­pa­ny. Choć naj­bar­dziej or­to­dok­syj­ni fani krę­ci­li no­sa­mi, kon­cer­ty w Wiel­kiej Bry­ta­nii wy­prze­da­ły się w ciągu 90 minut.

10. Adam Lambert

- To praw­dzi­wy dar od Boga. Je­dy­ny czło­wiek, jaki może wejść w buty Fred­die­go – mówi Brian May o gwiaz­do­rze wy­lan­so­wa­nym przez te­le­wi­zyj­ny show „Ame­ri­can Idol”. Gi­ta­rzy­sta po raz pierw­szy zwró­cił na niego uwagę, gdy za­śpie­wał w pro­gra­mie „Bo­he­mian Rhap­so­dy”. Gdy póź­niej Brian i Roger Tay­lor wy­stą­pi­li go­ścin­nie w pro­gra­mie i oso­bi­ście po­zna­li Adama, a potem za­gra­li „We Are The Cham­pio­na”, klam­ka za­pa­dła. Ofi­cjal­nie grają razem od im­pre­zy MTV Eu­ro­pe Awards w li­sto­pa­dzie 2011 roku. Nowy pro­jekt nosi nazwę Queen + Adam Lam­bert. Po­dob­nie jak z Ro­ger­sem, Brian i Roger mówią o za­mia­rze na­gra­nia ko­lej­ne­go al­bu­mu. Chwi­la­mi po­su­wa­ją się jesz­cze dalej. – Adam ma o wiele lep­szą skalę głosu od Fred­die­go. O wiele le­piej wy­cią­ga wy­so­kie tony – mówi May. Naj­bar­dziej od­da­ni fani Queen rwą sobie włosy z głowy, dla nich to świę­to­kradz­two. Ale gi­ta­rzy­sta to­nu­je ich emo­cje. – Nigdy nie bę­dzie dru­gie­go Mer­cu­ry’ego. Nikt nie jest w sta­nie go za­stą­pić. Mo­że­my tylko pod­trzy­my­wać pa­mięć o nim, przy­po­mi­na­jąc, jak był wy­jąt­ko­wy. To wła­śnie ro­bi­my z Ada­mem. Je­ste­śmy tri­bu­te ban­dem Fred­die­go ze świet­nym wo­ka­li­stą przy mi­kro­fo­nie.

z onet.pl

Brian May: nie szukaliśmy nowego Freddie’go. Nagle pojawił się on…

„Powtarzałem już wiele razy, że naprawdę nie szukaliśmy wokalisty” – mówi Brian May zapytany o zaproszenie do Queen Adama Lamberta. „Nie mieliśmy potrzeby poszukiwania nowego Freddie’go.[…] Nagle pojawia się koleś, który potrafi zaśpiewać wszystkie utwory Queen. I jak on to robi?!” – tłumaczy.

W listopadzie ukazała się płyta „Queen Forever”, niecodzienna składanka z utworami zespołu. Zamiast znanych i lubionych przebojów, trafiły na nią utwory o miłości, nowe wersje klasyków zespołu, a także kilka niepublikowanych perełek m.in. wspólny utwór Freddie’go Mercury’ego i Michaela Jacksona.

W obszernym wywiadzie przeprowadzonym przy okazji premiery płyty, Brian May wspomina proces pracy nad albumem, a także nad pierwowzorami utworów, opowiada o spotkaniu Freddie’go i Michael Jacksona, fundacji walczącej z AIDS, którą grupa wspiera, a także o pierwszej gitarze, którą sam zbudował.

„Pewnego dnia Freddie spotkał się z Michaelem Jacksonem, chyba w jego domu, gdzie było małe studio. Weszli do studia i Freddie zasugerował, żeby spróbować popracować nad tym utworem. Michael przez chwilę oswajał się z piosenką co słychać w niewykorzystanym materiale. Na tym się skończyło. Utwór wprawdzie wyciekł, w sieci krążyło kiepskiej jakości nagranie z kasety z dwoma wersjami tego utworu” – tak May wspomina prace nad utworem „There Must Be More to Life than this”.

Tłumaczy też skąd wziął się pomysł reaktywowania grupy z Adamem Lambertem.

„Powtarzałem już wiele razy, że naprawdę nie szukaliśmy wokalisty. Wszyscy byliśmy szczęśliwi w życiu, nawet mogę powiedzieć, że spełnieni więc nie mieliśmy potrzeby poszukiwania nowego Freddie’go.[…] Nagle pojawia się koleś, który potrafi zaśpiewać wszystkie utwory Queen. I jak on to robi?! Ma niesamowitą skalę głosu. Poza tym ma świetną osobowość, jest charyzmatyczny i kampowy w naturalny sposób. Nie musi niczego udawać, wszystko to przychodzi mu z łatwością, a publiczność go uwielbia” – opowiada May.

21 lutego grupa Queen wraz z Adamem Lambertem wystąpi w hali Kraków Arena. Bilety w cenie od 210 zł są już w sprzedaży.

z onet.pl

Queen. Królowa wstępuje na tron

- Nie zamierzam być gwiazdą. Ja chcę być legendą – mawiał o sobie Freddie Mercury. Reedycja nagranego nieomal równo 40 lat temu koncertu w londyńskiej sali Rainbow Theatre chwyta moment, w którym razem ze swoją grupą Queen zaczął realizować ten plan

W budynku stojącym na rogu Isledon Road i Seven Sisters Road trudno dziś dostrzec dawny majestat jednej z najbardziej imponujących budowli międzywojennego Londynu. To przede wszystkim wina wybudowanego po drugiej stronie ulicy pokrytego pstrokatą elewacją współczesnego akademika, który zdecydowanie góruje nad niską zabudową całej okolicy. Ale i bez tego sąsiedztwa nie od razu łatwo zachwycić się urodą, jak i odgadnąć pierwotne przeznaczenie jasnoszarej modernistycznej bryły, która wyrasta tu od lat 30. wśród typowych dla okolic stacji metra Finsbury Park niepozornych dwupiętrowych domów. Dziś mieści się tu główna brytyjska siedziba Uniwersalnego Kościoła Królestwa Bożego, kontrowersyjnego odłamu protestantyzmu wywodzącego się z Brazylii. Odpucowany na połysk budynek ozdabia duże czerwono-białe logo kościelnej organizacji, nad wejściem wisi sporych rozmiarów napis „Welcome”. Wewnątrz działa między innymi centrum pomocy oraz świątynia, w której odbywają się regularne nabożeństwa.

Nie trzeba jednak przyglądać się specjalnie uważnie, aby domyślić się, że kiedyś ta budowla musiała pełnić inne funkcje. Choć też miały one coś wspólnego z dużymi zgromadzeniami. Te liczne drzwi prowadzące do środka, ten charakterystyczny daszek chroniący przestrzeń nad samym wejściem, w końcu piętrzący się nad nim płaski front, zaprojektowany jakby z myślą o eksponowaniu w tym miejscu wielkoformatowych plakatów – zanim zainstalowali się tu brazylijscy protestanci, w tych ścianach mieściło się kino. I to nie byle jakie kino. W latach 30., gdy oddawano je do użytku, uchodziło za jedno z najnowocześniejszych i największych na świecie – jednorazowo mogło tu zasiąść na widowni nieco ponad 3000 widzów.

Działało początkowo pod nazwą Astoria Theatre, potem jako Odeon. Filmy wyświetlano tu do początku lat 70. Ale jeszcze w poprzedniej dekadzie coraz częściej występowali tu muzycy rockowi. Poza ekranem Astoria miała też całkiem sporą, szeroką na 20 metrów scenę. W 1967 roku to tutaj Jimi Hendrix podczas swojego występu po raz pierwszy podpalił gitarę. Poparzył przy okazji palce i wylądował na ostrym dyżurze. Rok później The Beach Boys nagrali tutaj koncertowy album „Live In London”.

Prawdziwa muzyczna historia budynku zaczęła się jednak w 1971. Zamknięte rok wcześniej kino przemianowane zostało na Rainbow Theatre i oddane we władanie wyłącznie muzycznemu show-biznesowi. Nowy lokal chrzest bojowy przeszedł na początku listopada 1971, gdy na otwarcie zagrali w nim The Who. – We were the first band to vomit in the bar/And find the distance to the stage too far – opisywał później ten wieczór gitarzysta kapeli Pete Townshend w piosence „Long Live Rock”. W następnych latach Pink Floyd ogrywali tu na żywo materiał, który trafił potem na album „Dark Side Of The Moon”, Yes kręcili zdjęcia do koncertowego filmu „Yessongs”, Eric Clapton nagrywał album koncertowy, występowali Van Morrison i Genesis.

Przy całej tej galerii gwiazd 1974 w Rainbow należał tylko do jednej kapeli – Queen. Zespół zagrał tego roku w londyńskiej sali trzy razy. Ale były to trzy zupełnie inne koncerty. Ten pierwszy odbył się w marcu. Kończył trasę promującą płytę „Queen II” i powszechnie uważany był przez krytyków i sporą część publiczności za przedsięwzięcie mocno ryzykowne. Queen mieli już co prawda na koncie pierwsze wymierne sukcesy. Chwilę temu ich piosenka „Seven Seas Of Rhye” wskoczyła na listy przebojów, stając się pierwszym hitem w historii grupy. Ale i tak formacja wciąż pozostawała zespołem na dorobku. Gitarzysta Brian May nie mógł pozwolić sobie na zakup porządnego instrumentu, stale grał na zrobionej przez siebie gitarze, do budowy której wykorzystał między innymi fragmenty z drewnianej obudowy kominka. A zamiast kupowanych w sklepie kostek do uderzania w struny używał sześciopensowej monety. Jeszcze chwilę wcześniej nic nie wskazywało na to, że Queen stanie się jednym z największych fenomenów rockowej sceny. Płytowy debiut grupy spotkał się z przytłaczającą obojętnością brytyjskiej prasy muzycznej. „New Musical Express” w osobie krytyka Nicka Kenta nazwał to wydawnictwo dosadnie „kubłem ze szczynami”, czego zresztą później zespół przez długie lata nie potrafił wybaczyć tej opiniotwórczej gazecie. – Pieprzyć ich, skoro nas nie rozumieją – kwitował prasowe recenzje Freddie Mercury. Mimo tej butnej pozy, Queen mieli powody do frustracji. Ich debiutancki singel „Keep Yourself Alive” BBC odrzucało aż pięć razy, odmawiając prezentacji piosenki w swoich audycjach. Zespół mimo to wierzył w obrany kurs i był gotów użyć wszelkich środków, aby dotrzeć na sam szczyt.

Nawet jeśli tymi środkami była łapówka. W 1973 grupa najzwyczajniej w świecie zapłaciła glamrockowej ekipie Mott The Hoople, aby ta zabrała ją w charakterze supportu na swoją trasę koncertową po Wielkiej Brytanii. Mimo to Freddie i spółka zachowywali się na tym tournee niczym prawdziwe gwiazdy. – Trochę nas tym wkurzali. Freddie już wtedy przyjmował na scenie te wszystkie pozy, które stały się potem jego znakiem rozpoznawczym. Trzeba przyznać, że to działało na publiczność. Czasami za kulisami w ich garderobie pojawiały się naprawdę fantastyczne dziewczyny. Zazdrościliśmy im tego – wspominał Peter Hince, współpracownik Mott The Hoople, który chwilę później na wiele lat stał się członkiem ekipy Queen.

W ogromnej części była to oczywiście zasługa Mercury’ego. Freddie mógł na razie zarabiać grosze (firma, z którą wiązał ich pierwszy kontrakt płytowy, wypłacała każdemu z muzyków Queen 20 funtów tygodniowo), ale zachowywał się i nosił jak prawdziwa gwiazda. Nawet jeśli ubierał się w second handach. Czasami potrafił wyłowić w nich jakiś absolutnie fantastyczny kostium. Ale równie łatwo zwracał na siebie uwagę stosując bardzo proste chwyty. Zwykł na przykład malować czarnym lakierem paznokcie tylko u jednej ręki. Albo nakładać lakier tylko na jeden paznokieć u całej dłoni.

Takie zabiegi przynoszą oczekiwany efekt. Choć Queen to tylko kapela, która poprzedza koncert głównego bohatera wieczoru, to w jej wokaliście publiczność widzi główną gwiazdę.

Im bli­żej końca trasy z Mott The Ho­ople, tym bar­dziej jasne, że ko­lej­ność na pla­ka­tach za­po­wia­da­ją­cych wy­stę­py po­win­na być od­wrot­na. – Miło było wi­dzieć, że po tym to­ur­nee bę­dzie­my w Wiel­kiej Bry­ta­nii gwiaz­da­mi – śmie­je się Fred­die.

Nie myli się. Je­sie­nią 1973 za­wią­zu­je się ofi­cjal­ny fanc­lub grupy. Ze­spół nie musi oglą­dać się na in­nych wy­ko­naw­ców, może ru­szać w trasę na wła­snych wa­run­kach. A jed­nak mimo to de­cy­zja o wy­stę­pie w lon­dyń­skim Ra­in­bow The­atre ucho­dzi po­wszech­nie za ty­po­wą dla ze­spo­łu bu­fo­na­dę. To prze­cież scena za­re­zer­wo­wa­na dla naj­więk­szych, praw­dzi­wy sym­bol suk­ce­su i gwiaz­dor­skie­go sta­tu­su. Queen jed­nak znów się nie mylą. Bi­le­ty na kon­cert roz­cho­dzą się wy­jąt­ko­wo szyb­ko, a wy­stęp oka­zu­je się wiel­kim suk­ce­sem.

Pół roku póź­niej, gdy grupa znów re­zer­wu­je Ra­in­bow The­atre, sy­tu­acja jest już dia­me­tral­nie inna. Queen pro­mu­ją trze­ci album „Sheer Heart At­tack”. Mają już za sobą pierw­sze suk­ce­sy w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. W Nowym Jorku na ich wy­stęp przy­cho­dzi Andy War­hol oto­czo­ny wia­nusz­kiem trans­we­sty­tów. W po­rów­na­niu z nie­chęt­ną po­cząt­ko­wo oj­czy­zną tu ota­cza ich po­wszech­ne za­in­te­re­so­wa­nie i opi­nia ze­spo­łu ory­gi­nal­ne­go. Ale i Wiel­ka Bry­ta­nia za­czy­na do­ce­niać Queen. Ze­spół na spe­cjal­nej uro­czy­sto­ści od­bie­ra w Lon­dy­nie złotą płytę za sprze­daż 100 ty­się­cy eg­zem­pla­rzy swo­je­go dru­gie­go al­bu­mu. Na­gro­dę wrę­cza im ak­tor­ka prze­bra­na za kró­lo­wą Elż­bie­tę II. „Sheer Heart At­tack” radzi sobie jesz­cze le­piej. Płytę pro­mu­je pio­sen­ka „Kil­ler Queen”. Za­ska­ku­ją­co po­po­wa i sta­ro­mod­na jak na wcze­śniej­sze do­ko­na­nia ze­spo­łu. Forma ukry­wa jed­nak bar­dzo fry­wol­ną treść – to numer opo­wia­da­ją­cy o luk­su­so­wej pro­sty­tut­ce z wyż­szych sfer. – Chcia­łem dać do zro­zu­mie­nia że lu­dzie z klasą też mogą być dziw­ka­mi – śmie­je się Fred­dy.

Gdy trasa jego ze­spo­łu w li­sto­pa­dzie 1974 znów fi­ni­szu­je w Ra­in­bow The­atre, tym razem nikt nie stuka się w czoło. Ale i tak suk­ces kon­cer­tu za­ska­ku­je naj­więk­szych opty­mi­stów. Bi­le­ty roz­cho­dzą się bły­ska­wicz­nie, show jest wy­prze­da­ny, dla­te­go grupa de­cy­du­je się za­grać na­stęp­ne­go dnia jesz­cze jeden, do­dat­ko­wy kon­cert. O ile ten pierw­szy wy­stęp jest uko­ro­no­wa­niem walki o uzna­nie kry­ty­ków i pu­blicz­no­ści, po­twier­dze­niem zdo­by­te­go w końcu gwiaz­dor­skie­go sta­tu­su, o tyle ten drugi, zor­ga­ni­zo­wa­ny na­pręd­ce to przy­jem­ny bonus dla ze­spo­łu, który do tej pory ra­czej wal­czył z prze­ciw­no­ścia­mi losu niż otrzy­my­wał od niego ja­kie­kol­wiek pre­zen­ty. Od tego czasu tych pre­zen­tów bę­dzie coraz wię­cej.

O tym że wszyst­kie kon­cer­ty w Ra­in­bow z 1974 zo­sta­ły na­gra­ne było wia­do­mo od dawna. W 1992 uka­zał się nawet zapis li­sto­pa­do­wych kon­cer­tów za­re­je­stro­wa­ny na ta­śmie wideo. Ale na pełną do­ku­men­ta­cję tych trzech wie­czo­rów fani mu­sie­li cze­kać aż do teraz. „Live At The Ra­in­bow ‘74″ uka­zu­je się aż w sze­ściu róż­nych edy­cjach. Ta naj­bo­gat­sza poza całą masą ga­dże­tów, wśród któ­rych jest i re­pli­ka ory­gi­nal­ne­go pla­ka­tu z trasy, i książ­ka ze zdję­cia­mi do­ku­men­tu­ją­cy­mi ten okres dzia­łal­no­ści grupy, za­wie­ra wer­sje fil­mo­we i dźwię­ko­we wszyst­kich wy­stę­pów. Jest czego słu­chać, bo to prze­cież zu­peł­nie inne Queen niż to, które znamy z naj­więk­szych hitów. Bar­dziej za­dzior­ne, dra­pież­ne, mło­dzień­cze. Roz­pię­te gdzieś po­mię­dzy hard roc­kiem, gla­mem i ar­ty­stycz­ny­mi am­bi­cja­mi po­szcze­gól­nych mu­zy­ków. Już zdra­dza umie­jęt­ność pi­sa­nia ka­pi­tal­nych, wpa­da­ją­cych w ucho pio­se­nek. Ale jed­nak woli uwo­dzić pu­blicz­ność roc­ko­wym pa­zu­rem niż po­po­wą nutą.

Jest też na co po­pa­trzeć. Wy­stę­pom w Ra­in­bow da­le­ko do roz­bu­cha­nych, te­atral­nych wy­stę­pów póź­niej­sze­go Queen. To tylko scena, skrom­ne świa­tła i czte­rech mu­zy­ków. Ale i w ta­kiej opra­wie Fred­die Mer­cu­ry po­tra­fi zro­bić świet­ny show. Nie przy­po­mi­na jesz­cze tego roc­ko­we­go fir­cy­ka, ja­kie­go uchwy­ci­ły słyn­ne te­le­dy­ski z lat 80. Ma dłu­gie włosy, jest gład­ko ogo­lo­ny, w ob­ci­słych, sa­ty­no­wych ko­stiu­mach przy­po­mi­na ra­czej dwu­znacz­ne­go sek­su­al­nie dok­to­ra Fran­ka N. Fur­te­ra z mu­si­ca­lu „Rocku Hor­ror Pic­tu­re Show”. Te ko­stiu­my to zresz­tą temat na od­ręb­ną opo­wieść. Cie­sząc się świe­żo zdo­by­tym sta­tu­sem gwiaz­dy Fred­die po­rzu­ca za­ku­py w lum­pek­sach i za­trud­nia do współ­pra­cy pro­jek­tant­kę Zan­drę Rho­des. To ona ubie­ra go w zwa­rio­wa­ne, le­ją­ce się pe­le­ryn­ki, dzię­ki któ­rym Fred­die na sce­nie wy­glą­da chwi­la­mi ni­czym glam­roc­ko­wy nie­to­perz. To ona też wbija go w ko­stiu­my, które śmia­ło od­sła­nia­ją jego owło­sio­ną klatę. Za swoje usłu­gi wy­sta­wia potem ra­chu­nek opie­wa­ją­cy na astro­no­micz­ną wów­czas sumę pię­ciu ty­się­cy fun­tów. Księ­go­wi w fir­mie pły­to­wej rwą sobie włosy z głowy. Co in­ne­go Fred­die. Za­chwy­co­ny, że od­na­lazł swój styl, od tej pory szy­ku­jąc swoje sce­nicz­ne stro­je nie za­mie­rza się li­czyć z żad­ny­mi kosz­ta­mi.

Może sobie zresz­tą na to po­zwo­lić. Wy­prze­da­ne na pniu kon­cer­ty w Ra­in­bow to tylko jeden z do­wo­dów na suk­ces grupy. Rów­nie szyb­ko roz­cho­dzą się wej­ściów­ki w całej Wiel­kiej Bry­ta­nii i Eu­ro­pie. Na całej tra­sie nie ma ani jed­ne­go kon­cer­tu, który by się nie wy­prze­dał. A gdy ze­spół po raz pierw­szy wy­bie­ra się do Ja­po­nii, oka­zu­je się, że ten kraj opa­no­wa­ła praw­dzi­wa Qu­eeno­ma­nia.

Kilka mie­się­cy po trium­fal­nych kon­cer­tach w Ra­in­bow The­atre Fred­die za­sia­da do for­te­pia­nu w swoim lon­dyń­skim miesz­ka­niu przy Hol­land Road. Nie­po­zor­ną bal­la­do­wa pio­sen­kę, która od ja­kie­goś czasu cho­dzi mu po gło­wie, za­czy­na wzbo­ga­cać o ele­men­ty ope­ro­we. Rodzi się „Bo­he­mian Rhap­so­dy”, a ka­rie­ra Queen wcho­dzi na ko­lej­ny po­ziom.

No ale to już temat na zu­peł­nie inną hi­sto­rię.

z onet.pl

Recenzja Rainbow – Onet

Porzućmy na chwilę poprawność polityczną i powiedzmy sobie szczerze: Freddie Mercury w obcisłych rajtuzach, z obnażoną piersią i czarnymi wąsami, paradujący po scenie z mikrofonem niczym z obnażonym fallusem, wyglądał groteskowo. Gejowski szyk nigdy nie służył rockowemu image’owi. Dlatego znacznie lepiej wokalista Queen wypadał na początku kariery – kiedy jego homoseksualne ciągoty nie były aż tak widoczne.

Dowodem na to jest wydany właśnie na płytach CD i DVD koncert z 1974 roku. Queen byli wtedy jeszcze przed swymi największymi sukcesami – wydali dopiero dwa albumy, mieli w dorobku zaledwie jeden, zupełnie dziś nieznany przebój – „Seven Seas Of Rhye”. I wtedy trafiła im się naprawdę wielka gratka – możliwość zagrania w londyńskiej sali Rainbow, jednym z najbardziej prestiżowych miejsc koncertowych na świecie w tamtym czasie. Wielu przyjaciół odradzało muzykom ten występ, wszak przecież do niedawna grali w małych pubach. Mercury z kolegami postanowili jednak podjąć ryzyko – i wygrali!

Oczywiście, słychać w nagraniach, które trafiły na album, że nadal mamy do czynienia z zespołem, który dopiero się rozpędza. Ale to dobrze – bo jest w ich brzmieniu młodzieńcza energia, klubowa surowość, naturalna dzikość. Queen daleki był wtedy od wykonawczej perfekcji, jeszcze nie stworzył „Bohemian Rhapsody”, a o „Radio Ga Ga” nawet mu się nie śniło. Dlatego grają ostro i czadowo, lokując się nawet bliżej hard rocka niż prog-rocka.

Potężne riffy gitar uzupełniane masywnymi bębnami stanowią idealny kontrapunkt dla bogatej warstwy wokalnej – ekspresyjnego głosu Mercury’ego i zespołowych chórków. „Now I’m Here”, „Ogre Battle” , „Killer Queen”, „Seven Seas Of Rhye” i „Stone Cold Crazy” to najbardziej porywające momenty show. Świetnie wypada też końcówka – bo najpierw rozbrzmiewa dynamiczny „Modern Times Rock’n'Roll”, potem klasyczny „Jailhouse Rock” i wreszcie na finał wieńczący od wtedy na zawsze występy grupy „God Save The Queen”.

Na płycie DVD można zobaczyć, że muzycy z Queen hołdowali wtedy modzie łączącej glamową ekstrawagancję z progresywną teatralnością. Mimo to, ich image był jeszcze męski, szorstki, bliski temu, jak w tamtym czasie nosili się młodzi ludzie na ulicach Londynu czy Manchesteru. Mercury, choć wymalowany i już z obnażoną piersią, tryska ciągle zmysłowym testosteronem. My wiemy jednak, że wszystko to ulegnie z czasem radykalnej zmianie, która niestety zajdzie zdecydowanie za daleko. (8/10)


  • RSS
  • Facebook
  • YouTube
  • Last.fm