Spotkania Fanów Queen

10 czerwca spotkanie fanów Queen w Krakowie w Caffe Zaćmienie godz.19.


https://www.facebook.com/events/298244673932219

24 czerwca spotkanie fanów Queen W Warszawie w Retrospekcji godz.20


https://www.facebook.com/events/295116234266558

Brian May: nie chciałbym, żeby ktoś pomyślał, że gwiazdorzę

Brian May – ikona muzyki, legendarny rockman, jeden z najlepszych gitarzystów świata. Kerry Ellis – wokalistka, która za sprawą swojego głosu zachwyciła muzyka Queen. Wspólnie 2 marca wystąpią w Centrum Kongresowym w Krakowie. W rozmowie z Onetem zdradzili, co przygotowali dla polskiej publiczności, Kerry wyjaśniła, czego nauczyła się od Maya, a on sam sprostował, że nie zachowuje się jak gwiazda. Oprócz tego radzi, jak należy myśleć o muzyce, porównuje wielkie widowiska Queen do pewnej zabawy i tłumaczy, jaki wpływ na przyszłość muzyki będzie miała śmierć Davida Bowiego. Sprawdźcie, co jeszcze zdradzili nam artyści!

Chociaż mogłoby się wydawać, że Brian May i Kerry Ellis pochodzą z dwóch zupełnie różnych światów, wspólnie tworzą duet idealny. Nie tylko uzupełniają się w swojej twórczości, ale też sprawiają wrażenie, jakby przyjaźnili się całe życie. Miałam okazję przeprowadzić z nimi krótki wywiad. Tuż przed rozmową dostałam informację, że Brian May nie może przebywać w jednym pomieszczeniu z Kerry, dlatego muszę połączyć się z nimi telefonicznie w dosyć skomplikowany sposób. Muzyk Queen zachrypniętym głosem bardzo mnie za to przepraszał i już przy przywitaniu rozbawił mnie i Kerry Ellis do łez.

2 marca Kerry Ellis wystąpi wraz z Brianem Mayem w krakowskim Centrum Kongresowym. Oprócz tego gitarzysta wraz z zespołem Queen i Adamem Lambertem w czerwcu zamknie swoim występem Life Festival Oświęcim.

Katarzyna Gawęska: Cześć, jak się macie?

Brian May (BM): Cześć!

Kerry Ellis (KE): Cześć!

BM: Czeeeeeść! [śmiech]

KE: Czuję się świetnie, a wy?

BM: Bosko!

Chyba już się przywitaliśmy, więc możemy zaczynać? [śmiech]

BM: Oczywiście, ale wcześniej chciałbym powiedzieć jeszcze jedno… Zaskoczę was: cześć, Kasia! Cześć, Kerry! [śmiech] Jejku, jestem niesamowicie podekscytowany tym, że możemy w trójkę uciąć sobie pogawędkę. Kasia, przepraszam cię za to, że musiałaś łączyć się z nami w tak skomplikowany sposób. Nie chciałbym, żebyś sobie pomyślała, że coś jest ze mną nie tak, że gwiazdorzę i nie mogę przebywać w jednym pomieszczeniu z Kerry. Jestem chory i nie chciałem jej zarazić, dlatego pomyślałem o konferencji telefonicznej.

KE: To też fajne, bo możemy udawać, że wszyscy razem pracujemy i mamy teraz spotkanie biznesowe!

Wy już razem pracujecie, a ja mam wobec tego kilka pytań. Kerry, ty zaczynałaś od musicali. Freddie Mercury śpiewał w dosyć teatralny sposób, o Adamie Lambercie można powiedzieć to samo. Brian, wygląda na to, że tego szukasz w ludziach, z którymi nawiązujesz współpracę.

BM: Rzeczywiście, to wygląda tak, jakbym miał jakiś fetysz [śmiech]. Tak naprawdę nigdy tego nie zauważyłem, ale gdy teraz o tym myślę, to wydaje mi się, że w pewnym sensie jest to ułatwienie. Wiesz, kieruję się instynktem. Zresztą, chyba taka już ludzka natura. Jestem pewien, że ty też pracujesz z ludźmi, którzy cię inspirują, z którymi lubisz przebywać. Jeśli jest inaczej, to pewnie nie powinnaś tego kontynuować. Jeśli jednak masz takie szczęście, że twoi współpracownicy są tak samo twórczy, jak ty i jesteście w stanie wykorzystać wasz wspólny potencjał, to nie powinnaś z tego rezygnować. Właśnie tego szukam w ludziach – kreatywności, inspiracji, dobrej energii.

Ale wracając do sposobu śpiewania osób, z którymi miałem szansę współpracować, to chyba jest tak, że szukam ludzi nieprzeciętnych, którzy potrafią zaśpiewać wszystko. Ja nie byłbym w stanie zachowywać się tak, jak Kerry, Adam, czy Freddie. Nie umiem wystawić takiego show, nie jestem teatralny. To nie znaczy, że nie jestem twórczy – po prostu te trzy osoby są w pewnym stopniu moimi przeciwnościami. Uwielbiam teatr, ale z natury nie jestem wybuchowy, więc nie umiałbym się wczuć w każdą rolę, jeśli chodzi o muzykę.

Co takiego było w Kerry, że postawiłeś akurat na nią?

BM: Kerry jest wyjątkowa pod każdym względem. To niezwykle oddana osoba, która potrafi w pełni się w coś zaangażować i dać z siebie wszystko. Oczywiście ma też cudowny, przejmujący głos. Powiedziałbym, że w tym przypadku los po prostu zesłał nas sobie nawzajem. Wszystko zaczęło się od musicalu „We Will Rock You”, w którym wcieliła się w postać Meat. Pamiętam, że kiedy przyszła na casting, pomyślałem sobie, że pozostali kandydaci nie dorastają jej do pięt. Potrafiła zainteresować sobą widza, pasowała do tej roli bardziej, niż ktokolwiek inny. Gdyby nie pojawiła się na tamtym przesłuchaniu, pewnie i tak prędzej czy później bym na nią trafił. Jeśli teraz otoczyłby ją milion osób, i tak od razu bym ją znalazł. Wyróżnia się z tłumu jak nikt inny.

Podczas trasy Born Free chcieliście zwrócić uwagę ludzi na waszą działalność na rzecz fundacji o tej samej nazwie. Czy to nie jest w pewnym stopniu walka z wiatrakami? Naprawdę myślicie, że muzyka może pomóc rozwiązać społeczno-polityczne problemy?

KE: Ja nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Myślę, że każdy z nas ma głos. Tym bardziej teraz, w erze mediów społecznościowych. Kiedy przeglądam Facebooka albo Twittera, natychmiast zauważam, że ludzie ciągle słuchają muzyki, bo mają do niej większy dostęp. Mogą też wyrazić swoje opinie, więc teraz każdy z nas ma głos. W sieci ludzie mogą łączyć się w bardzo liczne grupy. Rząd nie ma wyjścia – politycy muszą słuchać społeczeństwa. To na pewno nowy sposób komunikacji, ale wydaje mi się, że jest skuteczny.

Wiem, jak wygląda koncert Queen, ale wasze koncerty to zupełnie co innego. Trochę ciężko jest mi to sobie wyobrazić.

BM: Byłaś na koncercie Queen w Krakowie?

Tak.

BM: I jak, daliśmy radę? Podobało ci się? Chciałbym wiedzieć, co sądzisz.

Byłam zachwycona, chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałam, jak Adam poradzi sobie na scenie, więc podchodziłam do tego bardzo sceptycznie, ale podczas tamtego show zrobił na mnie ogromne wrażenie i udaje mu się to powtarzać za każdym razem, gdy go widzę [śmiech]. To było wielkie widowisko, cudowne przeżycie.

BM: Ulżyło mi! Mam nadzieję, że koncert w Krakowie, który zagram z Kerry, też ci się spodoba. Chociaż rzeczywiście trudno jest sobie to wyobrazić, bo nasze występy są zupełnie różne od koncertów Queen.

KE: Tak, zdecydowanie się od siebie różnią. Nasze koncerty są o wiele bardziej intymne… Brian i ja stoimy na scenie… Jest jeszcze Jeff, który gra na klawiszach. Jest niesamowity. Za nami na jest wielki ekran. Te koncerty są nieformalne. Jesteśmy blisko ludzi, widzimy ich, rozmawiamy z nimi, śpiewamy. Nasze wspólne występy są… Myślę, że słowo „osobiste” dobrze je opisuje. Czujemy się tak, jakbyśmy siedzieli w naszych własnych salonach i staramy się, żeby tak samo poczuli się widzowie. Wszyscy, którzy przychodzą nas posłuchać, są naprawdę blisko nas.

Długo zajęło ci przywyknięcie do tego, że teraz koncertujesz, a nie występujesz w musicalach?

KE: O Boże, ludzie nawet nie zdają sobie sprawy, jak bardzo koncerty i musicale się od siebie różnią! Przyzwyczajenie się do koncertowania trochę mi zajęło, muszę to przyznać. Trzeba nabyć zupełnie nowe umiejętności. Jeśli się nie mylę, to moja pierwsza trasa koncertowa z Brianem odbyła się pięć lat temu. W tym czasie musiałam dowiedzieć się, jaką chcę być artystką i wiele się nauczyć. Brian pomógł mi w tym bardziej niż ktokolwiek inny. To najlepszy nauczyciel, jakiego mogłabym sobie wymarzyć. Pozwolił mi się uczyć, popełniać błędy, wyciągać wnioski, eksperymentować i rozwijać swoje umiejętności. Nadchodząca trasa zapowiada się zupełnie inaczej niż ta sprzed pięciu lat. Teraz jestem podekscytowana perspektywą wyjazdów i koncertowania, ale kiedyś taka wizja mnie przerażała. Ze śpiewaniem nie miałam żadnego problemu, ale trudność sprawiało mi mówienie, komunikowanie się z ludźmi. Teraz mnie to ekscytuje… No dobra, może nie ekscytuje – po prostu się do tego przyzwyczaiłam [śmiech]. Ale to zupełnie inny świat niż musicale, do których przygotowywane są scenariusze i trzeba wcielić się w jakąś postać.

Brian, a czego ty w takim razie nauczyłeś się od Kerry?

KE: Podoba mi się to pytanie [śmiech].

BM: Wow, to pytanie jest bardzo dobre! Chyba wielu rzeczy uczyliśmy się wspólnie. Nasza współpraca jest dla nas dalej nowością. Muzyka Queen to podniosłe piosenki z dużą dozą dramaturgii. Jesteśmy bardzo głośni… Zresztą, nie ma sensu, żebym ci to mówił, bo przecież dobrze o tym wiesz. Od lat w połowie prawie każdego koncertu śpiewam „Love of My Life”. To tylko jedna scena w całym przedstawieniu, podczas której na chwilę zapanowuje spokój. Koncerty Queen, jak wszystkie rockowe koncerty, przypominają mi trochę zabawę na trampolinie – zaczynasz skakać i nie możesz przestać [śmiech]. Bardzo trudno jest się zatrzymać.

W przypadku mnie i Kerry możemy skontrolować wszystko, co się dzieje, co do sekundy. Jeśli w połowie koncertu mamy ochotę zrobić sobie przerwę, możemy to zrobić. Jeśli chcemy coś zmienić, to zmieniamy to, odkrywamy nowe formy kontaktu z publicznością. To jest coś, czego uczę się przy Kerry, bo jest zupełnie inaczej niż w Queen. Jak już mówiła, mamy bezpośredni kontakt z publicznością, co na koncertach Queen byłoby niemożliwe. Kiedy z nią występuję, możemy być spontaniczni. W takich sytuacjach zauważam też, że piosenki zyskują inny rodzaj mocy. Odkrywamy utwory, w których kryje się całe mnóstwo emocji, a to właśnie dzięki nim możemy się komunikować z naszymi słuchaczami – tak samo, jak oni, śmiejemy się, płaczemy. To chyba właśnie w ten sposób muzyka staje się częścią twojego życia – nie można jej analizować, trzeba po prostu czuć.

To dlatego eksperymentujecie z wieloma gatunkami muzycznymi? W ten sposób zaczynacie odczuwać emocje, których wcześniej nie znaliście?

KE: O tak, zdecydowanie. Nasza setlista cały czas się zmienia, bo sami wybieramy utwory, które chcemy zaprezentować naszym słuchaczom. Najbardziej interesujące w naszej współpracy jest chyba to, że zawsze łączymy na naszych koncertach piosenki z różnych lat i z różnych gatunków. Ostatnio występowaliśmy z Russem Ballardem, więc wypróbowaliśmy też jego utwory. Bez przerwy szukamy nowych piosenek, a co za tym idzie, także nowych emocji. Dzięki temu każdy z naszych koncertów jest wyjątkowy.

Brian, chciałam cię zapytać o wydarzenia, o których w ostatnich tygodniach mówi cały świat. Zmarł Scott Weiland, Lemmy Kilmister, David Bowie, z którym Queen nagrał „Under Pressure”. Od tego czasu ludzie są przerażeni tym, co się stanie z muzyką.

BM: Wiem, że ludzie z całego świata martwią się o przyszłość muzyki, ale ja nie mam żadnych wątpliwości na temat tego, że młodzi ludzie nadal będą kochali i tworzyli rock and roll.

Muszę przyznać, że kiedy słyszę, jak ty wypowiadasz te słowa, to od razu jest mi lepiej i przestaję się martwić [śmiech].

BM: I tak powinno być [śmiech]. Wszyscy słuchamy muzyki, siedzimy w tym razem. Tak już jest, że ludzie pojawiają się na świecie, a później z niego znikają, ale mam wrażenie, że obecnie na rynku muzycznym jest naprawdę wielu wspaniałych, młodych artystów. Musimy cały czas się rozwijać, szukać możliwości, żeby pozwolić ludziom usłyszeć nasz talent, co może być bardzo trudne, ale mimo to sądzę, że nie ma potrzeby panikować. Wszyscy po prostu musimy iść przed siebie, tworzyć sztukę, nagrywać muzykę. Myślę, że damy sobie radę, jeśli tylko zaczniemy traktować innych ludzi oraz zwierzęta lepiej, niż wychodzi nam to teraz. Osobiście uważam, że jest dla nas nadzieja.

Wiem, że Adam Lambert jest stale krytykowany za to, że występuje jako wokalista Queen, chociaż osobiście uważam, że bardzo niesłusznie.

BM: Poznałaś Adama? Polubiłaś go?

Dwa razy przeprowadzałam z nim wywiad i bardzo chętnie bym to powtórzyła.

BM: Zastanawiam się, czy jest na świecie osoba, która po poznaniu Adama go nie kocha [śmiech]. Przepraszam, przerwałem ci.

Wasza współpraca też spotyka się z tak dużą krytyką?

BM: Przez te wszystkie lata tworzenia muzyki pogodziłem się z faktem, że naprawdę nie da się sprostać oczekiwaniom wszystkich ludzi. To, co robię z Kerry, spotyka się raczej z pozytywnymi reakcjami, ale to pewnie wynika z faktu, że wobec naszej dwójki nie ma tak naprawdę wysokich oczekiwań. Z Queen jest inaczej, bo ludzie zawsze porównają to, co robimy teraz, do dawnych czasów. Oczywiście, zmieniliśmy się, ale właśnie dlatego współpraca z Kerry sprawia mi tak dużą radość. Robimy coś nowego, więc nie dajemy ludziom zbyt wielu powodów do tego, żeby oczekiwali od nas czegoś oprócz tego, co im dajemy.

W takim razie co planujecie zrobić w najbliższym czasie, jeśli chodzi o waszą twórczość?

BM: Ja na pewno po tym wywiadzie już nigdy nie odezwę się do Kerry [śmiech].

KE: Tak, to już koniec, nic nas już nie czeka [śmiech].

BM: A tak na poważnie, mamy w planach wydanie nowego albumu! Nagraliśmy już ponad połowę potrzebnego materiału. Kerry, zapomniałem o czymś?

KE: Zgadza się, nagrywamy album i mamy też nadzieję, że po jego premierze uda nam się zagrać jeszcze więcej koncertów. Jeśli chodzi o moją współpracę z Brianem, mamy ten problem, że możemy pracować tylko jeśli Brian nie jest zajęty Queen, a ja moją solową działalnością. Mimo to, kiedy tylko mamy wolne terminy, spotykamy się i pracujemy nad naszym projektem. Mogę cię zapewnić, że jeszcze o nas usłyszysz [śmiech].

BM: Jestem pod wrażeniem tej odpowiedzi, te plany na przyszłość bardzo mi pasują.

KE: No wiesz, kiedyś musiałam cię poinformować, że jeszcze będziesz musiał mnie widywać [śmiech].

Dziękuję wam za tę rozmowę, to była dla mnie prawdziwa przyjemność.

KE: My również dziękujemy!

BM: To my dziękujemy tobie, Kasia. To była bardzo miła rozmowa. Pojawisz się na naszym koncercie?

Na pewno mnie tam nie zabraknie!

BM: Wspaniale! Mam nadzieję, że będziesz się dobrze bawiła! Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia w Krakowie!

z onet.pl

Bilety VIP na Briana i Kerry Ellis

Do sprzedaży trafiły bilety VIP na koncert Briana Maya i Kerry Ellis w Krakowie w cenie 349 zł w ilości 124 szt.

 

Jeśli ktoś zakupił bilety z pierwszej puli i otrzymał go na zwykłym blankiecie, a chciałbym mieć lepszą pamiątkę z tego wydarzenia Organizator postara się o jakąś rekompensatę np. plakat itp. do odbioru po/przed koncertem. Osoby zainteresowane proszę o kontakt z Polskim Fanklubem Queen (email).

Brian May i Kerry Ellis ceny biletów

Ceny biletów na koncert duetu w Krakowie: Ceny:149, 189, 209, 269 i 299 zł oraz pakiet VIP.

Brian May i Kerry Ellis wystąpią w Krakowie

Brian May – kompozytor, producent i legendarny gitarzysta zespołu Queen, oraz Kerry Ellis, jedna z najjaśniejszych gwiazd londyńskiego West Endu i Broadwayu, ogłosili właśnie, że wśród miast, które odwiedzą podczas wiosennej trasy koncertowej „One Voice”, znajdzie się również Kraków. Artyści wystąpią w ICE Kraków 2 marca 2016 roku. Bilety niedługo w sprzedaży.

Podczas jedynego w kraju, kameralnego i nastrojowego koncertu, który odbędzie się w prestiżowym wnętrzu Sali Audytoryjnej centrum kongresowego ICE Kraków, zabrzmią największe przeboje Queen, The Beatles, a także wielu innych słynnych rockowych artystów.

Projekt wspólnych występów narodził się w Londynie podczas przesłuchań do musicalu „We Will Rock You”, w którym Kerry Ellis zagrała rolę Meat. Brian May został producentem jej wydanego w 2010 roku albumu „Anthems”. Po trasie promującej album nastąpiła seria – wspólnych już – kameralnych koncertów, granych przy świetle świec pod hasłem „Born Free Tour”, a zwieńczeniem ich stał się krążek „Acoustic by Candlelight”, na którym znalazły się utwory zarejestrowane na żywo podczas tych występów.

Ten niezwykły duet nagrał ostatnio utwór „One Voice”, którego autorem jest Ruth Moody, współzałożycielka The Wailin’ Jennys. „Ta piosenka to sztuka w czystej postaci. Dla mnie to osiągnięcie, z którego już dziś jestem dumny – zarówno dzięki wokalnemu kunsztowi Kerry Ellis, jak i za sprawą siły przekazu zawartego w utworze: Masz głos… Twój głos może wiele zmienić” – napisał Brian May na swojej oficjalnej stronie internetowej.

Brian May i Kerry Ellis wystąpią w ICE Kraków 2 marca 2016 roku. Bilety będą dostępne w sprzedaży od godz. 10:00 9 października na stronie www.eventim.pl oraz w salonach Empik.

z onet.pl

Robbie Williams w Krakowie

17 kwietnia w Krakowie Robbie Williams wykonal We Will Rock You i Bohemian Rhapsody.

W Teraz Rocku

W kwietniowym numerze Teraz Rocka recenzja z koncertu Q+Al w Krakowie.

Alternatywna relacja z Krakowa

Doczekaliśmy się!! Po falstarcie w 2008 r., przecieraniu szlaków w 2012 r., w 2015 r. Queen z Adamem zawitali do Polski w ramach pełnoprawnej trasy. Do Krakowa zjechały się tiry z licznym sprzętem oświetleniowym, scenicznym, telebimami, strojami. Fani rocka i nie tylko takiego show nie widzieli w Arenie, a w Polsce jedynie Roger Waters ze swoim The Wall w Łodzi mógłby im dorównać.

Zespół rozpoczął od puszczenia z taśmy ostatniego utworu z Made in Heaven, który zabrał fanów muzyki w muzyczne niebo. Otworzyli mocnym kopem od One Vision, który sprawdził się na trasie Magic. Aby nie zwolnić tempa starsi panowie śmiało sięgnęli po wymagający wprawy utwór Stone Cold Crazy, chwila oddechu dla fanów w postaci hitu Another one bitest the dust. Jesli ktoś zastanawiał się czy Brian daje rade grać bezbłędnie na kopii Red Special kolejny utwór pozwalał się przyjrzeć z bardzo bliska. W Fat bottomed Girls mamy podgląd z kamerki zainstalowanej na gitarze!! Erotyzm utworu poniósł Adama, który idealnie wczuł się w klimat! Jego skórzany strój przypomniał najlepsze czasy na scenie zespołu z Freddiem z trasy Live Killers. Jeśli komuś było mało podróży sentymentalnych to kolejny utwory przypomniał niedawno wydaną koncertówkę Live at the Rainbow’74. Śmiało można stwierdzić, że Roger i Brian nic nie stracili z biegłości, a Adam bez problemu odnalazł się w tych utworach. Freddie i kieliszek szampana? Freddie i rzucanie róż w stronę publiczności? Teatralność również jest w XXI wieku w postaci śmiałego wykonania Killer Queen, którego elementami jest kanapa, wachlarz i butelka szampana. Czyż utwór nie jest o dziwce? No to mamy na scenie wdzięczącą się damę!! Chyba sam Freddie przyklasnąłby takiemu wykonaniu!! Zespół nie zapomniał o Johnie i mamy wykonanie I want to break free, które pozwoliło się rozśpiewać publiczności, aby była gotowa na wspólne śpiewanie w Somebody to love. Chwila oddechu dla Adama i mamy złapanie oddechu w postaci akustycznego setu. Tradycją sie stało, że tą chwile Brian wykorzystuje do zbliżenia się z fanami, przypomnienia gdzie się znajdujemy i kogo nam w tym momencie brakuje. Jak na mniej znany utwór ’39 polska publiczność dala radę i zaśpiewała z zespołem. owacyjnie przyjęto wokalny popis Rogera w Magic, choć wyczuło się lekki niedosyt w postaci braku These Are The Days Of Our Lives. Następnie mieliśmy popisy na basie i perkusji. Basiści czy to Danny czy to Neil godnie zastępują Johna i dają coś od siebie. Pojedynek perkusyjny ojca i syna był krotki, acz konkretny. Bardzo popularny utwór Under Pressure w duecie Rogera i Adama na nowo pobudził publiczność. Za punkt kulminacyjny koncertu można uznać wykonanie dwóch ballad. Debiutujący na polskiej ziemi Save Me wzruszył sporą grupę zgromadzonych fanów, a kropką nad i było wykonanie Who Wants to Live Forever . Grzechem byłoby wyjść po piwo w trakcie Guitar solo, bo sama sceneria w trakcie popisu mistrza gitary była godna obejrzenia. Z małym zgrzytem zaczęło się Tie Your mother down, ale nie przeszkodziło to ponownie rozruszać publiczność do wspólnych śpiewów. Potem nastąpiła ulubiona chwila fanek Adama w postaci przyśpiewki All Your Love Tonight i niespodzianki dla polskich fanów w mieście Kraka – Dragon Attack. Roger i Brian wydawali się lekko zaskoczeni tym kawałkiem, ale nie mogło być inaczej w mieście Smoka Wawelskiego!! Możemy się czuć zaszczyceni, bo ponownie utwór na trasie zagrali w Londynie! I powoli zbliżaliśmy się do końca koncertu z energetycznym I want it all, z popisem Rogera na perkusji, który niedowiarkom daje prztyka w nos, że jeszcze czuje rytm i tempo. W Radio Gaga cała sala klaskała, Adam ściskał fanów w fosie i wszyscy byli zadowoleni! Kolejne utwory płynęły szybko, otrzymaliśmy jeszcze nie zawsze grany na trasie utwór The Show Must Go On i finał w postaci Bo Rhap. Gdzie ponownie na ekranie pokazał się Freddie, który mimo lekkie nie synchronizacji poniósł fanów pod sufit Areny. Chwila na złapanie oddechu, aby pożegnać się chóralnie śpiewając tradycyjne już WWRY i WATC. Ukłony przy brytyjskim hymnie i tak zakończył się koncert Queen+Adam Lambert w Polsce.

Koncert miał tempo, chwile na wzruszenie, chwile na śmiech. Wielka litera Q robiła wrażenie, na dodatek się poruszała, podest dla Rogera w pewnym momencie również wyjechał do góry. Dla Adama i Briana mieliśmy dodatkowe balkoniki, aby fani z najdalszych rzędów. Całość robiła oszałamiające wrażenie z oświetleniem imitującym lasery, magiczna kulę i spadające konfetti. Taki koncert nie zdarza się co tydzień, będzie wspominany przez lata.

Queen + Adam Lambert w krakowskiej Tauron Arenie – relacja

Krakowska Arena niedawno poszerzyła swoją nazwę. Od lutego nazywa się TAURON Arena Kraków, co nawiązuje do sponsora tytularnego. Jako jeden z pierwszych w hali pod nowym szyldem wystąpił zespół, którego nazwa jest symbolem tego, co w muzyce najlepsze. Nawet po tym, jak na potrzeby koncertów dodano do niej nazwisko wspomagającego grupę wokalisty – Adama Lamberta.

Muzycy Queen, bo o nich mowa, wystąpili w Krakowie w sobotę 21 lutego. Adam Lambert nie jest nowym członkiem grupy, lecz wokalistą z nią występującym. Stąd też wymowny „plus” po nazwie Królowej, mający oddzielić Queen z czasów Freddiego Mercury’ego (oryginalny skład zespołu uzupełniał basista John Deacon) od tego, co Brian May i Roger Taylor – założyciele grupy i muzycy mający niekwestionowany wkład w jej pozycję na muzycznym olimpie – robią obecnie. Nazwa „Queen +” pojawiała się od pewnego czasu i oznaczała współpracę muzyków Queen z innymi artystami, zarówno z Paulem Rodgersem w latach 2005–2008, jak i aktualną z Lambertem, której pierwsze w pełni koncertowe efekty widzieliśmy w 2012 r.

Jednym z miast, które stało się świadkiem początków tej formacji, był Wrocław, gdzie muzycy gościli 7 lipca na Stadionie Miejskim. Występy z 2012 r. zostały na tyle dobrze przyjęte, że  w 2014 r. grupa odbyła duże tournée obejmujące Amerykę Północną, a także Australię, Nową Zelandię i Azję. Zakończyło się ono sukcesem a artyści, zachęceni pozytywnymi reakcjami widowni, w styczniu wyruszyli w halową trasę po Europie. W jej ramach odbył się występ w krakowskiej Tauron Arenie. Koncert ten był rockowym otwarciem nowego rozdziału w historii tej jednej z największych i najnowocześniejszych hal widowiskowo-sportowych w Europie Środkowo-Wschodniej.

Queen + Adam Lambert pojawili się na scenie około godziny 20:25. Skład formacji Taylora i Maya, oprócz Lamberta – 33-letniego amerykańskiego piosenkarza mającego w dorobku dwa albumu studyjne, a zarazem autora tekstów, aktora i finalisty programu „American Idol” z 2009 r. (Taylor i May spotkali się z nim po raz pierwszy właśnie podczas finału 8. edycji tego programu w maju 2009 r.) – uzupełniają: klawiszowiec, znany ze współpracy z Queen – Spike Edney, syn Taylora – Rufus, grający na instrumentach perkusyjnych, i basista Neil Fairclough.

Na otwarcie zaprezentowali „One Vision”, utwór, którym rozpoczynali koncerty podczas trasy Magic Tour w 1986 r. (była to ostatnia trasa z Freddiem Mercurym i, zdaniem wielu, Queen m.in. właśnie jej zawdzięczał tytuł najlepszego koncertowego zespołu świata). Rozentuzjazmowana publiczność, która w liczbie ok. 13 tysięcy szczelnie wypełniła Arenę, na dobry początek dała się porwać temu energetycznemu utworowi. Warto dodać, że wcześniej widownia znakomicie rozgrzewała się sama – choćby wykonując imponująco wyglądającą falę – zanim opadła kurtyna z logo Queen, odsłaniając muzyków.

Wraz z pojawieniem się artystów publiczność mogła zobaczyć w pełnej krasie specjalnie skonstruowaną na potrzeby koncertów scenę, w której najbardziej podobać się mogła ruchoma, nabita światłami konstrukcja w kształcie litery Q (języczek tej litery wysunięty był w publiczność a w jej środku znajdował się ekran). Dodatkowymi elementami sceny były wysuwany podest i balkoniki po bokach. Jako drugi w kolejności zabrzmiał numer mało znany, będący jednak symbolem hardrockowej i momentami niemal metalowej strony Queen, która była im szczególnie bliska zwłaszcza na początku kariery w pierwszej połowie lat 70. „Stone Cold Crazy”, bo o nim mowa, zabrzmiał drapieżnie i soczyście rockowo, już na początku koncertu udowadniając, że May i Taylor, a także pozostali instrumentaliści, są w świetnej formie.

Słowa uznania należą się także Lambertowi, który operował swoim wokalem znakomicie, o wiele lepiej niż na wspomnianych koncertach z 2012 r., podczas których momentami można było odnieść wrażenie, że bardziej krzyczał, niż śpiewał. Próbkę charakterystycznej barwy, dużych możliwości modulowania głosem i śpiewania na różnych wysokościach dał także w „In the Lap of the Gods… Revisited” (w chórkach wspomagali go May i Taylor). Utwór ten poprzedzony został pierwszym tego wieczoru wielkim hitem – „Another One Bites The Dust”, w którym Lambert zaprezentował się, jakby ten disco-funkowy utwór był dla niego szyty na miarę, oraz „Fat Bottomed Girls”, w którym May biegał po wysuniętym w publiczność fragmencie sceny, całość została rozbudowana o instrumentalną końcówką a wokalista popisał się „dialogiem” i łatwością w nawiązywaniu kontaktu z publicznością. Ta od samego początku dawała mu wyrazy wsparcia i aprobaty. A nie było to wcale takie oczywiste, bowiem także w Polsce współpraca Queen z Lambertem wzbudzała kontrowersje. Wokalista jeszcze bardziej zjednał sobie publikę, brawurowo wykonując „Seven Seas of Rhye”.

Utwór, który w jego wykonaniu był, moim zdaniem, najlepszym w 2012 r. we Wrocławiu, także teraz wypadł bardzo dobrze. Dla niektórych to „Seven Seas of Rhye” – a nie, jak się powszechnie uważa, „Killer Queen” – było pierwszym „hitem” zespołu, gdyż dotarło do 10. miejsca na brytyjskiej liście przebojów (w 1974 r.). Tym bardziej ciekawe, że właśnie „Killer Queen” muzycy wykonali jako następny numer i był to kolejny utwór, w którym ciężko przyczepić się do wokalu Lamberta. Od tego momentu mogliśmy się jednak przyczepiać do czegoś zupełnie innego. O ile bowiem wokalnie Lambert prezentuje się przyzwoicie, to jako showmanowi daleko mu do Freddiego. Elementem, który najbardziej łączy go z Mercurym, jest chyba podobna co jego orientacja seksualna. Zachowanie, choreografia, ruchy, gesty czy mimika Lamberta momentami bywają odrzucające. Widzieliśmy to w pigułce przy okazji „Killer Queen”.

Lambert świetnie czuje się w musicalowo-wodewilowej stylistyce, w którą ten utwór się wpisuje. Ciekawą wokalną interpretację połączył jednak z kreacją, w której leży na sofie, wachluje się wachlarzem, zalotnie kokietuje a na końcu pluje w publiczność szampanem. Poza aktorskimi „popisami” przy okazji tego utworu, musicalowo-teatralne zapędy Lamberta najlepiej widać było przy okazji „Somebody to Love”, w którym pozwolił sobie na zabawę z publicznością, własne interpretacje niektórych fragmentów utworu i autorskie przyśpiewki. Wyraźnie widać, że lubi ten utwór (w wersji z inaczej zaaranżowaną końcówką niż w oryginale) i czuje się w nim pewnie. Moim zdaniem wypada w nim jednak przeciętnie. Podobnie jak w „Who Wants to Live Forever”, w którym jego śpiew momentami ocierał się o zawodzenie i teatralny lament. O wiele lepiej wypadło „Save Me”, które częściowo wykonał na balkoniku będącym podwyższeniem sceny. Pamiętajmy, że jego wybór na wokalistę nie spotkał się z powszechną aprobatą nie tylko ze względu na jego sceniczne zachowanie, ale przede wszystkim dlatego, że nie jest on piosenkarzem rockowym. W jego głosie brakuje rockowego feelingu i naturalnej zadziorności. Z pewnością jednak jest bardzo dobrym wokalistą i najlepiej czuje się w utworach utrzymanych w pop-rockowej i musicalowej konwencji.

Brian May i Roger Taylor są zachwyceni zarówno jego umiejętnościami wokalnymi, jak i sceniczną osobowością, ale zdecydowana większość fanów na koncert przyszła przede wszystkim dla nich. Dzięki nim muzyka Queen brzmiała tak jak z czasów, kiedy na scenie biegał Freddie. Brzmienie było czyste, ostre jak brzytwa, nagłośnienie dobre. Dźwięki instrumentów charakterystyczne i rozpoznawalne. Nie tylko podczas wymienionych do tej pory utworów, głównie z lat 70., ale podczas całego koncertu i takich hitów, jak „I Want to Break Free”, „Radio Ga Ga”, „I Want It All” czy „The Show Must Go On”, w których muzyka przyćmiewała poprawny przecież wokal Lamberta.

Najbardziej „queenowymi” momentami były jednak te, kiedy Lambert znikał ze sceny, a funkcje wokalisty przejmowali May lub Taylor. Zaczął ten pierwszy. „Love of My Life” jest stałym i dla wielu najbardziej wyczekiwanym punktem koncertów. Dlaczego? Odpowiedzi jest wiele: cudownie dźwięki akustycznej gitara Maya, jego emocjonalny śpiew do spółki z publicznością wszędzie znakomicie znającą tekst i wreszcie Freddie, który „kończy” ten utwór z telebimu. Wszystko to razem brzmi i wygląda niezwykle wzruszająco, nawet jeśli zachowanie Maya jest mocno wyreżyserowane i niemal niezmienne od lat, z obecnym do dziś „obcieraniem łez”. W Krakowie można go jednak posądzać o szczere wzruszenie, a to wszystko dzięki specjalnej akcji zorganizowanej przez Polski Fanklub Queen, dzięki której w trakcie utworu znaczna część hali rozbłysła zapalniczkami, telefonami komórkowymi, latarkami i innym rodzajami światełek. Było to prawdziwie „światełko dla Freddiego” (jemu bowiem zadedykowany jest utwór) – inicjatywa, w którą zaangażowało się nadspodziewanie dużo fanów.

Efekt był imponujący, czego nie omieszkał podkreślić ze sceny Brian, który przy okazji tej kompozycji powiedział także kilka słów po polsku. Po tym dosłownie i przenośni jednym z najjaśniejszych fragmentów występu przyszedł czas na kolejny stały punkt, tzw. stereoskopowe selfie – zdjęcie, które May wykonuje specjalnie zaprojektowanym urządzeniem na tle publiczności. Zachwycona widownia nie zdążyła jeszcze ochłonąć, a May zaprosił na scenę Taylora oraz będących do tej pory w cieniu Spike’a Edneya, Neila Fairclougha oraz Rufusa Taylora, którzy przez cały koncert znakomicie ze sobą współpracowali, tworząc przede wszystkim podkład do gitarowych popisów Maya. Była to okazja do przedstawienia muzyków, a później cała piątka zaprezentowała kolejny utwór, którego sposób wykonania ma rodowód z czasów współpracy z Paulem Rodgersem, czyli akustyczne „’39”. Zapowiadając go, May nawiązał do tekstu kompozycji, traktującego o podróży w czasie. Uroczemu wykonaniu towarzyszyły zaś adekwatne „kosmiczne” sekwencje i zdjęcia prezentowane na ekranie.

Następnie pałeczkę przejął Roger Taylor, choć w sensie dosłownym to ją… oddał. Na głównym zestawie perkusyjnym zastąpił go bowiem Taylor junior, a sam Roger chwycił za mikrofon i brawurowo oraz niezwykle czysto wykonał jeden z największych przebojów Queen – „A Kind of Magic”. Akompaniował sobie na tamburynie a całość okraszona była solówką Maya, której w takiej wersji próżno szukać w oryginalnej piosence. Istotnie było to iście magiczne wykonanie, aż szkoda, że jedyne tego wieczoru, w którym samodzielnie zaśpiewał Taylor. Zabrakło bowiem granego czasem podczas tegorocznej trasy „These Are The Days of Our Lives”.

Na osłodę pozostało nam znakomite basowe solo (na gitarze i kontrabasie elektrycznym) Fairclougha, w którym przemycił kilka tematów z mniej znanych utworów Queen (m.in. „Body Language”) a na ostatni fragment dołączył do niego perkusista Queen, który na tę okoliczność zasiadł za perkusją ustawioną na wysuniętej części sceny. Pozostał tam podczas „bitwy” na perkusyjne umiejętności ze swoim synem Rufusem. Obaj wypadli bardzo dobrze, ale pierwszoplanową rolę odgrywał bardziej doświadczony i lepszy z tego duetu Roger. Z nowego miejsca zagrał też „Under Pressure”, w którym poza energiczną grą pełnił jeszcze rolę drugiego wokalisty. Pierwszym był Lambert, który powrócił po kilku utworach nieobecności. Pozostał on na scenie na dwie ballady, wspomniane wcześniej „Save Me” i „Who Wants to Live Forever”.

Niedługo jednak wokalista znowu zniknął, bo na dłuższą chwilę scenę zdominował doktor (ma doktorat z astronomii!) May. Wirtuoz gitary zagrał swoje tradycyjne solo, poprzedzone utworem „Last Horizon” – jedynym na koncercie spoza repertuaru Queen (to solowy utwór Maya). Po tych roszadach wokalno-instrumentalnych rozpoczęła się ostatnia części koncertu. Wrócił Lambert, który na ponowne wejście pomylił się w dynamicznym, agresywnie rockowym „Tie Your Mother Down”. Po zakończeniu tego kawałka z przeciętnym skutkiem próbował wciągnąć do wspólnych śpiewów publiczność. W ostatnim fragmencie zasadniczej części koncertu nie zabrakło wielkich hitów: „Radio Ga Ga” z klasycznym klaskaniem głównego motywu przez widownię, „Crazy Little Thing Called Love” (w którym Lambert całkiem sprawnie naśladował wokalną manierę Elvisa Presleya oraz „pomagał” Edneyowi, grając na klawiszach), a przede wszystkim świetnie zagranego (i w części także zaśpiewanego) przez duet May-Taylor „I Want it All”. W czasie „Radio Ga Ga” Lambert zszedł ze sceny, by przywitać się ze stojącą najbliżej barierek publicznością.

Po tym utworze Brian zapytał zaś widownię, jak ocenia Adama. Reakcja była umiarkowanie entuzjastyczna. Pojawiły się także nieobecne na ostatnich koncertach „Dragon Attack” oraz „The Show Must Go On”, który wypadł wzruszająco. Wisienką na torcie było monumentalne wykonanie muzycznego arcydzieła, jakim jest „Bohemian Rhapsody”. Pierwszą zwrotkę nadspodziewanie dobrze zaśpiewał Lambert, drugą widoczny na ekranie Freddie, ostatni fragment wyśpiewali zaś na przemian razem. Część operowa została oczywiście odtworzona z taśmy a po niej na scenie ponownie pojawili się wszyscy muzycy, energicznie i zjawiskowo wykonując rockową końcówkę. Świetnie wypadł zwłaszcza May, ubrany wówczas na złoto. To był muzyczny absolut! Po nim nastąpiła krótka przerwa. Wszyscy czekali jednak na planowany bis, w którym usłyszeliśmy evergreeny muzyki rozrywkowej „We Will Rock You” i „We Are The Champions”. Tutaj chyba najtrudniej ocenić głos Lamberta i towarzyszącą mu muzykę, bowiem, podobnie jak większość publiczności świadomy końca tego niezwykłego show, słuchałem ich bardziej sercem i emocjami niż uszami. Całość tradycyjnie zakończyła instrumentalna, rockowa wersja hymnu Anglii, którego własną wersję Queen przedstawił w 1975 r. Przy dźwiękach „God Save the Queen” i spadającym na wszystkich złotym konfetti muzycy pożegnali oczarowaną publiczność.

Widać, że współpraca w ramach Queen + Adam Lambert wyraźnie się zazębiła. Lambert jest profesjonalistą, świetnie zna repertuar zespołu, interpretuje go lepiej niż w 2012 r., ma bardzo dobry kontakt z publicznością, czuje się pewnie na scenie, na którą wnosi dużo energii i niektóre elementy jego show mogą się podobać. Ale z drugiej strony właśnie ta pewność jest momentami rażąca. Poza tym jego słowa (nawet te pochwalne wobec muzyków i Mercury’ego, które wygłosił po „Killer Queen”) są wyuczone i w większości nienaturalne oraz powtarzane przy okazji niemal każdego występu.

Trzy lata temu, na początku koncertowej współpracy miał więcej pokory wobec muzyków Queen. Jest bowiem uznanym i utytułowanym piosenkarzem, ale jego kariery nie można nawet porównywać z tym, co osiągnęli May z Taylorem. Teraz także nie kreuje się na największą gwiazdę wspólnych koncertów, ale jego choreografia, gesty (takie jak wymachiwanie językiem czy łapanie się za krocze) czy zniewieściałe ruchy (kręcenie biodrami) sprawiają, że niektórzy, w tym ja, widzą wyraźny kontrast miedzy magnetyzującym publiczność Freddiem a momentami ocierającym się o kicz Lambertem. Jego skala głosu robi wrażenie, ale za często dopuszcza się on teatralnych interpretacji i licznych ozdobników, próbując zachęcić publiczność do wspólnych śpiewów. Udaje mu się to, ale Freddiemu publiczność „jadła z ręki”, a na zachęty Lamberta reaguje jakby dlatego, że tak wypada. Barwa jego głosu mnie nie powala, bywa wręcz drażniąca.

Odrębną sprawą są jego stroje i przebieranki, z lamparcią skórą i koroną na czele, w których zaprezentował się na koniec występu. O ile ta kreacja jak dla mnie była irytująca (podobnie jak buty na wysokim obcasie), to trzeba powiedzieć, że jeśli chodzi o sceniczne stroje, Lambert zrobił postęp od 2012 r. Nie pojawia się już różowe boa, a szczególnie dobrze wyglądał czarny, skórzany strój, w którym wystąpił w pierwszej części koncertu. To wszystko jednak kwestia gustu, smaku i wrażliwości artystycznej. Są bowiem tacy, którzy takiego Lamberta kupują w całości.

Queen + Adam Lambert to jednak przede wszystkim pierwszy człon tej nazwy, za który odpowiadają Brian May i Roger Taylor oraz w jakimś stopniu Spike Edney (stosunkowo słabo nagłośniony w Krakowie), koncertujący z Queen jeszcze za czasów Mercury’ego oraz Rodgersa. A ich muzyka cały czas jest potężna! Jakby czas stanął w miejscu. Zwłaszcza jeśli dodamy ich wokale, z pewnością „technicznie” i pod względem warunków słabsze od głosu Lamberta, ale takie, ze względu na barwy i emocje, podobają mi się bardziej niż śpiew towarzyszącego im głównego wokalisty. Słyszeliśmy ich (również pozostałą trójkę) także jako znakomite uzupełnienie Lamberta choćby w „One Vision” „Fat Bottomed Girls”, „Somebody to Love”, „I Want It All”, „Radio Ga Ga” czy „Tie Your Mother Down”. W końcu harmonie wokalne i chórki od zawsze były jednym ze znaków rozpoznawczych Queen. Świetnie dobrany jest repertuar, w którym wielkie hity przeplatają się z utworami mniej znanymi a przekrój piosenek prezentuje twórczość Queen z różnych etapów kariery zespołu.

May i Taylor od strony muzycznej prezentują się ciągle wyśmienicie, ale jeśli chodzi o kondycję na scenie, to zdecydowanie lepiej wypada ten pierwszy. Imponująco wyglądała także scenografia: scena w kształcie litery Q, wysuwany podest, podwyższenia po obu stronach, lasery, armatki dymne, reflektory, oprawa świetlna i wizualna, ekrany pokazujące zarówno zbliżenia muzyków (kolorowe i czarno-białe), jak i uzupełniające całość obrazy, zdjęcia czy animacje. Nie zabrakło nawet dyskotekowej kuli. Nie było za to nawiązań do nieobecnego w branży muzycznej od lat oryginalnego basisty Queen, Johna Deacona. Kiedyś także jego wizerunek przemycany był w prezentowanych zdjęciach i filmach. Teraz trudno go dostrzec, ale i Freddiego na nich jakby mniej… Może to przypadkowy, ale i czytelny znak, że Queen + Adam Lambert to w tym momencie projekt kompletny, działający już na korzyść własnej nazwy. Jeśli tak jest, to po występie, którego świadkiem byłem w Krakowie, uważam, że bardziej niż teraz gotowi na to nie będą już nigdy. Choć kiedy słucham oryginalnego Queen już po tym koncercie, to jeszcze pełniej niż przedtem doceniam muzyczny geniusz Mercury’ego.

z infomusic.pl

Relacje internetowe z koncertu

Zbiór relacji internetowych, foto i video z koncertu w Krakowie od mniej do bardziej zachwyconych.

TUTAJ

 

P.S. Moja relacja będzie również. Ciekawostki po koncertowe w opracowaniu jutro lub w czwartek będą online.

Magazyn fanklubowy do pobrania

Magazyn polskiego fanklubu do pobrania dla wszystkich z okazji koncertu w Krakowie, plus wspominki z 2012  i stałe rubryki.

Do pobrania

Queen i Adam Lambert: co o trasie koncertowej piszą zagraniczne media?

Grupa Queen rozpoczęła europejską trasę koncertową, w trakcie której wystąpi też w Polsce. Koncert Queen i Adama Lamberta odbędzie się 21 lutego w Kraków Arenie. Obecnie zespół raczy swoim show publiczność w Wielkiej Brytanii. Odbyło się już tam kilka koncertów Queen, a wiele jest jeszcze przed brytyjską publicznością.
„Naprawdę nie szukaliśmy wokalisty. Nie mieliśmy potrzeby poszukiwania nowego Freddie’go.[…] Nagle pojawia się koleś, który potrafi zaśpiewać wszystkie utwory Queen. I jak on to robi?!” – opowiadał Brian May w wywiadzie, który możecie obejrzeć na stronach muzyka.onet.pl. Po raz pierwszy Lambert spotkał muzyków Queen w 2009 roku w finale programu “Idol”, w którym zajął drugie miejsce. On, Brian May i Roger Taylor wykonali wówczas wspólnie utwór „We Are The Champions”. „Musiałem się uszczypnąć. Oni należeli do złotej ery rocka. Najpierw oglądasz ich zdjęcia w książkach i gazetach, aż tu nagle oni przebierają się w pokoju za ścianą” – tak podekscytowany Lambert komentował spotkanie ze swoimi idolami na planie amerykańskiej wersji show „Idol”. Z twórczością Queen Lamberta zapoznał jego ojciec. Wokalista wspominał w jednym z wywiadów, że już jako dziecko słyszał utwory legendarnej grupy, ale to dopiero ojciec pomógł mu uporządkować wiedzę na temat grupy. Kiedy Freddie Mercury umarł, Adam miał osiem lat. Ani on sam, ani rodzice zapewne nie przypuszczali, że w dorosłym życiu przyjdzie mu stanąć na jednej scenie z legendarnymi członkami Queen. Wokalista podkreśla, że w żaden sposób nie stara się zastąpić legendarnego muzyka. „W świadomości fanów żył będzie tylko jeden Freddie” – mówi ze sceny do publiczności. Porównań jednak do Freddie’go nie uniknie. „Brian May i Roger Taylor na pewno znaleźli idealną osobę, która odda hołd Freddie’mu i jego osiągnięciom” – czytamy w recenzji Davea Simpsona zamieszczonej na stronach „The Guardian” po koncercie w Newcastle. Po tym samym show w „The Journal” Simon Rushworth pisał: „Znaleźli się tak wierni i oddani wielbiciele Mercury’ego, którzy nawet życzyli odkrytemu w „Idolu” piosenkarzowi, by zawiódł. Ale nawet najbardziej zatwardziali fani „starego” Queen zostali zmuszeni do zaakceptowania faktu, że 32-letni Adam tchnął nowe życie w legendarną kapelę”. Tym, którzy zastanawiają się czy wybranie się na koncert Queen w ogóle warto rozważać, moglibyśmy przedstawić szereg argumentów, zaczynając od wymieniania tytułów najznakomitszych piosenek poprzez nakreślenie sylwetek żyjących i aktywnych zawodowo członków grupy poprzez wypowiedzi samych muzyków Queen na temat Adama Lamberta piastującego stanowisko wokalisty w trwającej właśnie europejskiej trasie koncertowej. Może zdarzyć się tak, że po obejrzeniu show zabraknie wam słów. „Ostatniej nocy podczas show zastanawiałem się, jakim cudem oddam słowami to, czego jestem świadkiem. Nawet podczas powrotnej podróży do domu, kiedy myślałem o koncercie, jedynym słowem, które przychodziło mi na myśl było: „WOW!”. Trafne i proste. Możliwość zobaczenia Queen na żywo była dla mnie zaszczytem” – napisał w swojej relacji po koncercie Queen Martin Lamont dla serwisu „primetime.unrealitytv.co.uk”. Nie milkną głosy zachwytu dla tego, co na scenie prezentują legendarni muzycy wsparci charyzmatycznym, młodszym od nich o „sto” lat doświadczenia wokalistą. Wygląda jednak na to, że Lambert doskonale wie, jak zawładnąć świadomością i sercami tysięcy ludzi. „Trzeba go zobaczyć na scenie, by poczuć i zrozumieć, jak wielkim jest artystą. Od samego momentu pojawienia przed tysiącami rozkrzyczanych Szkotów zawładnął sceną i wszystkimi zgromadzonymi w Hydro Arenie” – czytamy w relacji Martina Lamonta. Czy w mediach będą pojawiać się podobne recenzje po krakowskim koncercie Queen i Adama Labmerta? Show legend rocka i finalisty amerykańskiego „Idola” w Kraków Arenie już za około miesiąc. Queen i Adam Lambert wystąpią 21 lutego.
z onet.pl

  • RSS
  • Facebook
  • YouTube
  • Last.fm