Dexter Fletcher nowym reżyserem „Bohemian Rhapsody”. Bryan Singer z zarzutami

Dexter Fletcher zastąpi Bryana Singera na stołku reżyserskim na planie „Bohemian Rhapsody”, filmu o Queen i Freddiem Mercurym. Zwolniony kilka dni temu Singer usłyszał zarzuty o napaść seksualną. Sprawa trafiła już do sądu.

20the Century Fox zdecydowało, że nowym reżyserem „Bohemian Rhapsody” zostanie Dexter Fletcher. Zastąpi Bryana Singera, którego zwolniono z powodu nieobecności na planie filmowym. Zdjęcia zostaną wznowione w przyszłym tygodniu

Dexter Fletcher najbardziej znany jest z takich filmów jak ”Eddie zwany orłem”, „Trzej muszkieterowie” czy „Muppety: Poza prawem”. Film o Queen i Freddiem Mercurym będzie dla Fletchera dobrą rozgrzewką przed biografią Eltona Johna, którą ma wyreżyserować.

Co ciekawe, reżyser był związany z filmem „Bohemian Rhapsody” już wcześniej, ale w 2014 roku zrezygnował z projektu. Przejął go po scenarzyście Peterze Morganie i aktorze Sachy Baronie Cohenie, którzy jednak nie mogli się dogadać z członkami Queen. Fletcher, którego filmowym Freddiem Mercurym był aktor Ben Whishaw, odszedł po roku (także z powodu różnic artystycznych) i wtedy do akcji wkroczył Bryan Singer.

A Singer ma kolejne kłopoty – jak donosi Deadline , reżyser został oskarżony o napaść seksualną na 17-letniego Cesara Sancheza-Guzmana. Do zdarzenia miało dojść w 2004 roku na imprezie na jachcie inwestora Lesliego Watersa w Seattle w stanie Waszyngton. Reżyser miał zmusić chłopaka do stosunku, później obiecać mu rolę w filmie i zagrozić, że zrujnuje mu karierę, jeśli komukolwiek o tym powie. Pozew trafił już do sądu.

- Bryan kategorycznie zaprzecza oskarżeniom i będzie zaciekle się bronił – powiedział przedstawiciel Singera w odpowiedzi na pozew.

Zarzuty o molestowanie seksualne nie są Singerowi obce. W 2014 roku Michael Egan III oskarżył go o podanie mu narkotyków i gwałt. Jednak później wycofał swój pozew, a sam trafił do więzienia za oszustwa finansowe. Natomiast podczas kręcenia filmu „Uczeń szatana” Singer miał kazać nieletnim statystom ustawiać się nago pod prysznicem i tam ich filmować.

z cojestgrane.pl

Reżyser filmu o Queen wyrzucony! Premiera „Bohemian Rhapsody” zagrożona?

Bryan Singer nie jest już reżyserem filmowej biografii zespołu Queen – „Bohemian Rhapsody”. Twórca został zwolniony przez studio Fox.

O filmowej biografii wokalisty grupy Queen mówiło się od lat – pierwotnie do roli Freddiego Mercury’ego przymierzany był komik Sacha Baron Cohen (m.in. „Borat”), ale ostatecznie jego kandydatura została odrzucona po tym, jak nie mógł dojść do porozumienia z gitarzystą Brianem Mayem i perkusistą Rogerem Taylorem. Cohen chciał opowiedzieć o burzliwym życiu wokalisty, z naciskiem na imprezy, seks i narkotyki, na co ponoć nie chcieli zgodzić się muzycy Queen.

Reżyserii „Bohemian Rhapsody” ostatecznie podjął się Bryan Singer (m.in. film „X-Men”, „Podejrzani”). Za scenariusz odpowiada Anthony McCarten („Teoria wszystkiego”).

To właśnie Singer jeszcze jesienią 2016 r. ujawnił, że w roli Mercury’ego zobaczymy mającego egipskie korzenie aktora Ramiego Maleka, który popularność zdobył dzięki roli Eliotta Aldersona w serialu „Mr. Robot” (m.in. nominacja do Złotego Globu). Ma na koncie także występy w serialach „Domowy front”, „Pacyfik” i filmach „Noc w muzeum”, „Noc w muzeum 2″, „Noc w muzeum: Tajemnica grobowca” i ”Saga ‚Zmierzch’: Przed świtem – część 2″.

We wrześniu ujawniono pierwsze zdjęcie z planu „Bohemian Rhapsody”, na którym widnieje Malek w charakterystycznej scenicznej pozie wokalisty Queen.

W poniedziałek (4 grudnia) „The Hollywood Reporter” podał, że Bryan Singer został zwolniony z funkcji reżysera „Bohemian Rhapsody”. Za zwolnieniem Singera miał stać Rami Malek, który zarzucił mu m.in. „niewłaściwe zachowanie” i ”brak profesjonalizmu”.

Swoje oświadczenie wystosował wówczas reżyser, który przekonuje, że jego nieobecność na planie spowodowana była opiekowaniem się „śmiertelnie chorym” rodzicem.

„Nie chciałem nic więcej, niż móc dokończyć ten projekt i pomóc w uhonorowaniu dorobku Freddiego Mercury’ego i Queen” – napisał Singer, dodając, że poprosił producentów filmu o przerwę w zdjęciach, by móc wrócić do USA i zająć się sprawami osobistymi.

„Niestety, studio zrezygnowało z moich usług. To nie była moja decyzja i nie miałem na nią wpływu” – dodał.

Reżyser zaprzeczył też, że powodem jego zwolnienia były kłótnie z Rami Malekiem, choć nie ukrywał, że „różnice artystyczne” miały miejsce. Media za Oceanem donoszą jednak, że „niewłaściwe zachowania” reżysera mogą być związane z molestowaniem seksualnym, a niektóre źródła wprost piszą o ”seksualnym predatorze”.

Na razie nie jest znane nazwisko nowego reżysera „Bohemian Rhapsody”. Nie wiadomo tez, czy uda się utrzymać zapowiadany termin premiery (grudzień 2018 r.). W obsadzie filmu poza Malekiem znaleźli się też: Ben Hardy, który zagra Rogera Taylora („X-Men: Apocalypse”, serial „EastEnders”), Joe Mazzello jako basista John Deacon („Park Jurajski”, „The Social Network”, „Pacyfik”) i Gwilym Lee jako Brian May (seriale „Morderstwa w Midsomer” i ”Jamestown”).

z interia.pl

MAKE IT YOURS nowa kampania Eurosportu z utworem Queen

W trakcie Zimowych Igrzysk Olimpijskich Pyeongchang 2018 Eurosport da kibicom możliwość obejrzenia każdej sekundy startów wszystkich sportowców na każdej arenie. Rozpoczęta w poniedziałek kampania „Make it Yours”, której hymnem jest przebój „I Want It All” zespołu Queen w aranżacji Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej zachęca fanów do przejęcia kontroli nad tym co, kiedy i gdzie chcą oglądać.

Pokazanie każdej sekundy, każdego sportowca i każdej dyscypliny – to główne założenie Eurosportu na Pyeongchang 2018. Po raz pierwszy w historii Eurosport będzie transmitował igrzyska z pełnym wykorzystaniem platform cyfrowych, m.in. aplikacji Eurosport Player. Dzięki temu kibice będą mieli możliwość spersonalizowania transmisji i ułożenia programu zgodnie ze swoimi preferencjami. Po raz pierwszy w historii ramówka Eurosportu 1 będzie w całości dostosowana do polskich widzów, którzy będą mogli zobaczyć wszystkie starty polskich olimpijczyków. Z kolei w Eurosporcie 2 nacisk położony zostanie na istotne dla wszystkich kibiców dyscypliny, takie jak hokej na lodzie, które ze względu na harmonogram nie mieszczą się w ramówce Eurosportu 1. Dodatkowo widzowie będą mieli dostęp do transmisji na żywo ze wszystkich aren oraz ogromnej ilości materiałów na życzenie w Eurosport Player.

Możliwość personalizacji igrzysk jest motywem przewodnim kampanii „Make it Yours”, która zachęca kibiców do przejęcia kontroli nad ramówką i wyboru tego, co i kiedy chcą oglądać. Hymnem kampanii jest wielki przebój grupy Queen „I Want It All” w aranżacji Londyńskiej Orkiestry Symfonicznej.

Chcemy wprowadzić nowe standardy pokazywania igrzysk olimpijskich, dostarczając kibicom jeszcze więcej emocji z transmisji. Utwór I Want It All to ponadczasowy przebój legendarnej grupy Queen, która ma w dorobku utwory będące synonimami sportowego sukcesu. Słowa piosenki I Want It All doskonale oddają nasze ambicje, aby dać fanom dostęp do treści w każdym miejscu i czasie – powiedział Peter Hutton, CEO Eurosportu.

Utwór został nagrany w legendarnym Air Studios w Londynie, a wzięło w nim udział wielu znakomitych artystów, mających za sobą pracę przy takich produkcjach jak „Mroczny Rycerz”, „Gladiator”, „Incepcja” i „Jak zostać królem” oraz współpracę z wielkimi gwiazdami muzyki m.in. Adele, Vangelisem czy Markiem Ronsonem.

Eurosport, będący częścią Discovery Communications, to oficjalny nadawca igrzysk olimpijskich w 48 europejskich krajach*, partner Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego oraz wyłączny partner telewizyjny Polskiego Komitetu Olimpijskiego. Najpopularniejszy kanał sportowy w Polsce prowadzi kibiców do Pyeongchang, transmitując zawody Pucharu Świata m.in. w skokach narciarskich, biathlonie, biegach narciarskich, czy narciarstwie alpejskim. Eurosport przygotował też wiele specjalnych programów, m.in. największą polską produkcję Eurosportu – „Kamil Stoch. Moja historia”. Kolejne odcinki dokumentu będą miały premiery w Eurosporcie 1 w czwartki.”

[youtuve kQVDZDQWcs4]

Brian May: w pogoni za perfekcją

Willa w angielskim hrabstwie Surrey, a wokół niej – dżungla. – Wspaniale, pozwalamy ogrodowi zdziczeć! – zachwyca się Brian May wskazując za okno. Jak opowiada gitarzysta, który 6 listopada wystąpi z Queen w Łodzi, dom ten należał wcześniej do słynnego botanika. May (lat 70) kupił go tylko po to, by uratować 10-metrowy rododendron.

„Süddeutsche Zeitung”: Panie May, pańskim życiorysem można by obdzielić kilka osób. Jest pan gitarzystą, astrofizykiem, autorem publikacji, ekspertem w dziedzinie fotografii 3D, założycielem organizacji obrony praw zwierząt, autorem piosenek, producentem muzycznym, wreszcie wciąż koncertuje pan z Queen. O czymś zapomniałem?

Brian May: W międzyczasie staram się być przyzwoitym mężem i ojcem, mam też siedmioro wnucząt.

Która z życiowych ról jest dla pana najważniejsza?

To trudne pytanie. Zawsze miałem wrażenie, że nasze pokolenie dorastało w zbyt ciasnych granicach intelektualnych. Człowiek nie przyznawał się nikomu, że jest jednocześnie artystą i naukowcem. Ale dlaczego nie? Będąc uczciwym w stosunku do samego siebie człowiek może objąć cały świat. Powinien być otwarty. Wszystko się łączy.

Na przykład?

Gdy byłem studentem, naukowcy zaśmiewali się do rozpuku z pomysłu, że gra na gitarze może mieć znaczenie. Dziś wielu astronomów doskonale zna się na muzyce i uważają to za rzecz zupełnie naturalną. Mój przyjaciel z Europejskiej Agencji Kosmicznej jest w połowie Albertem Einsteinem, a w połowie Lemmym Kilmisterem. I tak w życiu być powinno!

W 26 lat po śmierci Freddiego Mercury ukazuje się pierwsza książka o Queen autorstwa jednego z członków zespołu. Jest to dziwna mieszanka albumu stereoskopowego, dziennika z tras koncertowych i biografii. Skąd taka forma i dlaczego czekał pan tak długo?

Mój kalendarz jest wypełniony po brzegi. Nie potrafi pan sobie nawet wyobrazić, jak skomplikowane jest w moim przypadku planowanie tygodnia. Ten projekt od wieków czekał w szufladzie. Wreszcie zatrudniłem archiwistę, by zajął się moją kolekcją historycznych fotografii przestrzennych.

Co pana tak fascynuje w tych dawnych zdjęciach?

Już sam fakt, że przy ich pomocy można opowiedzieć 150 lat historii, z całą jej głębią! Uważam to za fantastyczne, mogę zachwycać się nimi godzinami! Któregoś razu przypomniałem sobie, że podczas tras koncertowych często robiłem zdjęcia zespołu aparatem stereoskopowym. Denis, mój archiwista, wyszperał tamten materiał z różnych zakurzonych kątów domu. Na koniec mieliśmy setki zdjęć. Byłem zaszokowany, jaką ilość wspomnień to wyzwoliło.

Queen nie było typowym zespołem. Normalni muzycy na początku lat 70. rzucali szkołę w wieku 15 lat i nie stronili od narkotyków. A tu nagle pojawiło się czterech gości z wyższym wykształceniem: astrofizyk grał na gitarze, dentysta na perkusji, elektromechanik na basie, a śpiewał z nimi student akademii artystycznej.

Odróżniało nas może nasze nastawienie. Wiedzieliśmy już wówczas mniej więcej kim jesteśmy i jak działa świat. Pomogło nam to też w ambicji kierowania naszej twórczości do odbiorców nie tylko w Anglii. Diametralnie się od siebie różniliśmy. Ale sądzę, że w grupie, którą łączą prawdziwe zainteresowania twórcze, tkwi ogromna siła. Ciągle się kłóciliśmy, czasami aż do krwi, ale zawsze był w tym jakiś cel.

O co się kłóciliście?

O wszystko! O każdą nutę, jaką graliśmy. Zróbmy to tak. Nie, inaczej! Oczywiście często nie mieliśmy pojęcia, dokąd nas to doprowadzi. Kto wówczas przypuszczał, że zagramy na Wembley?

Jeśli prześledzić występy Briana Maya z ostatnich 45 lat, widzimy nietypową gwiazdę rocka: zdyscyplinowaną, solidną, godną zaufania. Zawsze ta sama mimika, ta sama fryzura. Zawsze punktualny. Nie do pomyślenia, by ten facet przyszedł kiedyś nieprzygotowany, albo wypił za dużo.

Tak, to chyba słuszne wrażenie. Nigdy też na nikim się nie wzorowałem w mojej grze na gitarze. Ponadto pewna część mojej osobowości jest wybitnie zakotwiczona w rzeczywistości.

Jest pan gitarową legendą, a jednocześnie zbiera pan ołowiane żołnierzyki, gadżety z „Gwiezdnych wojen” i fotografie stereoskopowe. Jak udaje się to połączyć?

Co ma wspólnego gwiazda rocka z nerdem zbierającym figurki? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale moja faza kolekcjonerska to już przeszłość. Przez długi czas olbrzymią przyjemność sprawiało mi wyszukiwanie różnych rzeczy i ich posiadanie. Dawniej oferowałem na aukcjach majątek za fotografie stereoskopowe. Dziś jestem szczęśliwy mogąc je od czasu do czasu pooglądać, ale generalnie wystarczy mi skan. Posiadanie stało się nagle ciężarem. Coraz mocniej ściąga mnie w dół. Przecież i tak całego tego kramu nie zabierzemy ze sobą na tamten świat.

Ma pan tendencję do bardzo poważnego traktowania wszystkiego, prawda?

Żyję z brzemieniem perfekcjonizmu. A perfekcjonizm jest niebezpieczny.

Dlaczego?

Ponieważ człowiek stawia sobie nierealistyczne cele. I przez to sam się unieszczęśliwia. Mam to po ojcu.

W książce pisze pan, że u was w domu „ważne rzeczy załatwiało się porządnie”. Co to znaczy: porządnie?

Trzeba poświęcić się bez reszty temu, co się robi. Zawsze. Robić wszystko na 100 procent, nigdy na pół gwizdka. Po angielsku jest takie powiedzenie: „Don’t spoil the ship for a ha’porth of tar” – nie pozwól, żeby statek poszedł na dno, oszczędzając parę pensów na smole. Żadnych kompromisów! Bo co, jeśli kadłub zacznie przeciekać akurat w tym jednym miejscu? Dobra filozofia, Mój ojciec szedł jeszcze dalej: jeśli coś jest ważne, możesz zrobić to lepiej niż wszyscy inni, jeśli tylko się postarasz!

Nie irytuje pan ludzi tym podejściem?

Nieustannie! W zespole albo w rodzinie żartujemy z tego. Kiedy coś nam się uda, mamy powiedzenie, że znowu prawie otarliśmy się o perfekcję. To pochwała. Perfekcja nie istnieje. Istnieje tylko punkt, w którym zakończysz i zadowolisz się osiągniętym efektem, ponieważ czujesz, że wywiązałeś się z zadania.

Już jako chłopiec był pan poważny, prawda? Jedynak, któremu wystarczało własne towarzystwo, interesujący się techniką i muzyką, pragnący dowieść praw optyki za pomocą wzoru na tapecie.

Przede wszystkim byłem nieśmiały i pozostałem taki do dziś.

Naprawdę? Nie sprawia pan takiego wrażenia.

A jednak. Nieustannie mam wątpliwości czy postępuję właściwie, czy jestem we właściwym miejscu, czy mówię to, co trzeba. Mam 70 lat, ale wchodząc do pomieszczenia pełnego ludzi wciąż czuję się jak tamten młody chłopak. W głębi serca uważam zawsze, że nikt nie wie kim jestem, co robię albo czego chcę. Zawsze jestem zaskoczony, gdy ludzie mnie rozpoznają i traktują z respektem.

300 mln sprzedanych płyt – nie sądzi pan, że zapracował sobie na ten szacunek?

Nie o to chodzi. Raczej o chwilę zaskoczenia. I jeśli się nad tym zastanowić, uważam, że to dobre. Nie powinno się niczego oczekiwać. W końcu na świecie są miliardy ludzi, którzy nie wiedzą kim jestem, a jeśli by się dowiedzieli, mieliby pełne prawo mieć to w głębokim poważaniu.

Pana ojciec był zdecydowanym przeciwnikiem pańskiej kariery muzycznej. Nie chciał, by syn stał się sławny?

Był inżynierem w siłach powietrznych, a przy tym – całkiem niezłym muzykiem. Podczas wojny często grywał na fortepianie dla żołnierzy. Jakaś jego część chciałaby zostać muzykiem, ale zawsze powtarzał, że w życiu trzeba mieć prawdziwą pracę. W zasadzie poświęcił swoje marzenia, by umożliwić żonie i dziecku – czyli mnie – życie na przyzwoitym poziomie. W tamtych czasach nie mieliśmy wiele pieniędzy. Mimo to, dla ojca najwyższym priorytetem było zawsze wykształcenie: dobra szkoła, college, doktorat z astrofizyki. Kiedy mu powiedziałem, że rezygnuję z tego wszystkiego dla gry na gitarze, był w szoku. – Dlaczego chcesz sobie zmarnować życie? – zapytał. Po tym wszystkim, co dla ciebie zrobiłem?

Dlaczego więc podarował panu ukulele i pomógł skonstruować gitarę?

To była ironia. Potem śledził każde nasze tournée, nawet rysował mapy z trasami. Moją muzykę traktował jednak zawsze jako hobby. Zaakceptował ją dopiero wiele lat późnej. Graliśmy wtedy w Madison Square Garden. Przywiozłem do Nowego Jorku całą rodzinę. Po koncercie podszedł do mnie, uścisną mi dłoń i powiedział: – Okay, wydaje mi się, że zrozumiałem. To był przełomowy moment.

Od tamtej pory uchodziliście za najsłynniejszy zespół świata. Pierwszą kapelę, która potrafiła zapełnić stadiony. Jednak publiczność kojarzyła was głównie z Freddiem Mercury. Queen w jakiś sposób zredukowano do jego osoby. Nie irytowało to pana?

Dziwne, ale nie. Frontman jest rzecznikiem zespołu. W ten sposób się dobraliśmy. Był naszą ikoną. Już na okładce pierwszego albumu widać tylko Freddiego w świetle ramp. To ja tak zdecydowałem i wykonałem projekt, nie on. Szczerze, to zawsze dobrze się z tym czułem. Również na scenie. On potrafił sterować tłumem. Ja byłem tym gościem stojącym za nim, po lewej stronie, dającym czadu na gitarze. Ten układ doskonale funkcjonował.

Nigdy nie był pan o niego zazdrosny?

Nie. To naprawdę nie stanowiło problemu, bo byliśmy tak różni. Każdy z członków zespołu miał na koncie hit, który trafił na pierwsze miejsce list przebojów – zresztą do dziś dnia nie osiągnęła tego żadna inna grupa. Mieliśmy po prostu ogromne szczęście, że na siebie trafiliśmy.

Czy homoseksualizm Freddiego Mercury stanowił wówczas problem? Trzech chłopaków z klasy średniej, wszyscy hetero, w latach 70. nikt nie wiedział, to co jest ruch LGBT, a tu nagle na scenę wyskakuje facet w lateksowym wdzianku i śpiewa rockoperę.

My w ogóle nie wiedzieliśmy, że Freddie był gejem, a sądzę, że i on sam długo nie zdawał sobie z tego sprawy. Przecież zawsze dzieliłem z nim pokój. Sytuacja rozwijała się powoli. Trudno sobie wyobrazić, dlaczego mogłoby stanowić to problem. Co najwyżej problematyczny był fakt, że Freddie miał fazy wychodzenia nagle bez nas. To była duża strata.

Czy z tego powodu tak pan nienawidził Monachium?

Ależ nie nienawidzę Monachium! Wszyscy mieliśmy romans z tym miastem.

Pytam o to, ponieważ to miasto miało swój romans z Queen, podobnie jak Hamburg z Beatlesami. Istnieje wiele mitów na ten temat: o szalonych balangach i brytyjskich gwiazdorach, którzy postanowili imprezować akurat w Bawarii. W książce poświęca pan temu okresowi ledwie pięć stron – mówiąc o nim jako o złej i smutnej fazie.

Nie, Monachium było wyjątkowe. Nawet ludziom takim jak my, którzy już niejedno widzieli, to miasto otworzyło oczy. Jak ludzie żyli tam chwilą! Monachium było zbytkowne, istniała tam wspaniała kultura rock’n’rollowa, organizowano szalone imprezy, nie stroniono też od narkotyków. Miasto miało seksapil i było bardzo otwarte. Stanowiło inspirację! Wszystko to nas wówczas zmieniło, ale być może wszystko to podobało nam się trochę za bardzo, przez co zostawiło blizny.

Pisze pan: „Wszystkim nam złamano w Monachium serce, w mieście, w którym dziwny wiatr o nazwie fen popycha ludzi do tego, by rzucali się z szarych wieżowców”.

O tak, fen także stanowi problem! Najwyraźniej dopadł i mnie, bo przez pewien czas miałem depresję. Ten kawałek o złamanych sercach również trzeba rozumieć dosłownie. Każdy z nas uwikłał się w Monachium w jakiś związek. Dla każdego skończyło się to komplikacjami. W każdym przypadku była to miłość. Być może po raz pierwszy w życiu musieliśmy się nauczyć, czym jest miłość. A czym nie jest.

Mercury potrafił jednym ruchem ręki porwać stadion. Powiedział pan kiedyś, jakim spełnieniem były dla pana takie momenty. Tyle tylko, że człowiek potem schodzi ze sceny i wciąż goni za taką perfekcją. Oczywiście nadaremnie.

Tak, podczas tras koncertowych jest przerażająco dużo okazji do tego, by czuć się samotnie! Ale nie chcę sprawiać wrażenia, że mam wiele powodów do użalania się nad swoim ciężkim losem. Miałem niewyobrażalne szczęście! Mimo wszystko będąc gwiazdą rocka człowiek doprowadzany jest czasami do granic wytrzymałości. Tak bardzo, że nie wie już, jak sobie da radę. A jeśli chodzi o perfekcję na scenie, to oczywiście czegoś takiego również nie ma – ale to jeden z powodów, dla których to kochaliśmy.

Gdy osiągaliście szczyty sławy, Freddie Mercury był już chory. Zespół dowiedział się o tym dość późno. Czy były momenty, w których pan coś zauważał?

Niechętnie o tym rozmawiam. Był ten moment szoku, kiedy powiedział nam o wszystkim. Jednak podczas naszego ostatniego tournée – w 1986 roku – nie wiedzieliśmy jeszcze, co się dzieje. Ani, że będzie to nasza ostatnia wspólna trasa. Ostatnim utworem nagranym przez Freddiego było „A Winter’s Tale”. Tam naprawdę zbliżył się do perfekcji.

Krótko potem Freddie Mercury zmarł na AIDS. Dlaczego akurat ta piosenka?

Freddie był już bardzo słaby, ale do końca śpiewał. Pomyślałem: któregoś dnia dokończę to nagranie. Po jego śmierci potrzebowałem półtora roku, aby znaleźć w sobie dość siły, by w ogóle zacząć nad tym pracować. Walczyłem o każdy szczegół. W każdym razie jest tam najbardziej perfekcyjne solo gitarowe, jakie nagrałem w życiu. Uwielbiam tę piosenkę. Jej nagranie było dla niego ważne, bo wiedział już, że zostało mu niewiele czasu, a mimo to w jego głosie nie ma zwątpienia, raczej blask. Lekkość i optymizm. Dzieło stworzone z miłością.

Po jego śmierci popadł pan w depresję.

To był tylko bodziec wyzwalający, mam skłonności do depresji. Z czymś takim ma się do czynienia przez całe życie.

Potem wrócił pan na uczelnię, by obronić doktorat. Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta: to była niedokończona sprawa. Kiedyś w wywiadzie opowiedziałem o mojej przerwanej pracy doktorskiej. Zadzwonił potem do mnie dziekan wydziału astronomii z Imperial College, gdzie studiowałem, i powiedział: jeśli mówiłeś na serio, zostanę twoim promotorem. To była cudowna okazja!

Jak opisałby pan w trzech zrozumiałych zdaniach pańską dziedzinę badań?

Współpracowałem przy tworzeniu przyrządu pomiarowego mierzącego prędkość i kierunek cząstek pyłu w kosmosie. Pomiary te mają przyczynić się do ustalenia, jak powstał nasz system słoneczny. Przygotowanie rozprawy doktorskiej sprawiało mi wielką radość. Pełno jest w niej pięknych cytatów: koniec końców wszyscy jesteśmy tylko gwiezdnym pyłem. Resztkami supernowych. To zresztą też wers z piosenki Joni Mitchell.

Co interesowało pana w astronomii bardziej: fizyka czy filozofia?

Sądzę, że chodziło mi przede wszystkim o niewiarygodne piękno, jakie kryje się w niebie nad nami. O niewiarygodną naturę tego wszystkiego, o czym codziennie się dowiadujemy.

Powiedział pan ostatnio, że wolałby pan zostać zapamiętany jako obrońca praw zwierząt ratujący borsuki, niż jako gitarzysta albo astronom. Mówił pan serio?

Ujmę to w ten sposób: gdybym miał wybór osiągnąć jeszcze więcej w muzyce albo mieć większy wpływ na to, jak traktuje się zwierzęta, wybrałbym tę drugą opcję, ponieważ to coś najważniejszego dla ludzkości, może zdecydować o przetrwaniu nas wszystkich.

Dlaczego akurat borsuki?

Borsuki są gatunkiem zagrożonym, ponieważ oskarżano je o przenoszenie gruźlicy u bydła. Siedem lat intensywnie zajmowałem się tym tematem. Dziś jestem całkowicie pewien, że borsuki nie są przyczyną nowych zakażeń. Mimo wszystko rząd nadal tępi te stworzenia.

Czy to prawda, że zamierzał pan startować w wyborach do Izby Gmin?

Pytano mnie o to, ale jako polityk musiałbym wstąpić do partii, a tego nie chcę. Jako aktywista mogę znacznie więcej zdziałać ponadpartyjnie.

A na dodatek właśnie jedzie pan znowu w trasę koncertową z Queen. Brzmi stresująco.

Mam z tego frajdę! Zabawne jest to, że nie dążyliśmy do wznowienia zespołu, a już na pewno nie szukaliśmy zastępstwa za Freddiego. Ale potem pojawił się ten chłopak na castingu do „American Idol”. Zaśpiewał na żywo „Bohemian Rapsody”. Nagle zaczęliśmy dostawać e-maile od ludzi z całego świata: Adam Lambert to wasz człowiek! Więc pojechaliśmy i zagraliśmy z nim. Była między nami dobra chemia i dało nam to możliwość dalej istnieć jako Queen. Nazywam Adama darem niebios.

Jaka różnica jest między koncertami Queen z 1986 a 2016 roku?

Oczywiście taka, że nie ma z nami Freddiego. Znaleźliśmy jednak sposób, by mimo to pozostał częścią show za sprawą nagrań i bardzo mnie to cieszy. Ale nie jest to wyłącznie projekt nostalgiczny. Chodzi też o to, by tchnąć w tę muzykę nowe życie.

Ma pan 70 lat. Jak długo jeszcze zamierza pan grać?

Dopóki będę trzymać się na nogach. Widział pan Rolling Stonesów? Mamy tę samą asystentkę tournée. Jak długo daję radę występować na scenie, nie widzę powodu by odchodzić na emeryturę.

z onet.pl

Queen w Polsce: czego wymaga zespół?

Wydawałoby się, że gwiazdy tego formatu mogą mieć długą listę dziwnych zachcianek. Okazuje się, że wcale tak nie musi być. Pod względem produkcyjnym z całą pewnością na uwagę zasługuje fakt, iż zespół do naszego kraju przyjedzie z własną sceną w kształcie gitary Briana Maya, zaprojektowaną przez najlepszych projektantów. Przypomnijmy, że scena, na której wystąpi legendarna grupa Queen, a wraz z nią Adam Lambert, jest długa na 34- i szeroka na 21 metrów. Autorem jest znana na całym świecie firma Stufish, która od  wielu lat współpracuje z najlepszymi artystami, takimi jak U2 czy Metallica. Wraz ze sceną przyjedzie ponad stuosobowa ekipa produkcyjna odpowiedzialna za sprawne i bardzo szybkie jej ustawienie. Muzykom, jak również towarzyszącym im osobom, należy dostarczyć blisko 300 ręczników!

Niestety nie wiemy, jakie kulinarne upodobania mają członkowie Queen i co Adam Lambert zje na lunch. Muzycy przyjadą z własnym kucharzem oraz obsługą, która towarzyszy im  podczas całego europejskiego tour. Wiemy natomiast, że życzeniem członków zespołu jest dostarczenie aż 150 kilogramów kostek lodu! Co więcej, muzycy kładą duży nacisk na ochronę środowiska. Pojemniki do segregacji odpadów mają znajdować się w kilku wyznaczonych miejscach Atlas Areny i muszą  być odpowiedniej wielkości oraz oznakowane oddzielnie na: aluminium, plastik, papier, szkło i odpady organiczne.

Prawdziwą gratką dla 10 szczęśliwców będą wyjątkowe miejsca na scenie. Fani obejrzą cały koncert siedząc na „Red Special”, będąc bardzo blisko swoich idoli.

Tylko kilka dni zostało do spotkania z zespołem Queen i Adamem Lambertem. W poniedziałek 6 listopada w łódzkiej hali Atlas Arena na żywo będzie można posłuchać niezapomnianych hitów! Ostatnie bilety na to wyjątkowe show można jeszcze nabywać poprzez strony internetowe: www.bilety.imprezyprestige.com i eBilet.pl oraz w sieci salonów Empik w całym kraju. Wydarzenie organizuje agencja Prestige MJM.

z onet.pl

Adam Lambert z Queen: apetyt na dobry czas

Ma 35 lat i jest wokalistą zespołu Queen + Adam Lambert, założonego przez Rogera Taylora i Briana Maya, połowę oryginalnego składu grupy Queen. Nagrał trzy solowe płyty, wypełnione przebojową mieszanką popu, funky, rocka i muzyki dance: „For Your Entertainment” (2009), „Trespassing” (2012) i „The Original High” (2015). Nie tylko śpiewa, ale pisze także muzykę i teksty, ma również doświadczenie jako aktor musicalowy. Sławę zdobył osiem lat temu, kiedy zajął drugie miejsce w programie „American Idol”.

Zapytany o swoje największe inspiracje, Adam Lambert wymienia Michaela Jacksona, Madonnę, Christinę Aguilerę, Timbalanda, No Doubt, Dawida Bowiego, Led Zeppelin, The Beatles i oczywiście Queen.

Prywatnie jest homoseksualistą, otwarcie mówiącym w wywiadach o swoich preferencjach.

Już 6 listopada „Glambert”, bo tak go nazywają fani, po raz czwarty wystąpi w Polsce z zespołem Queen + Adam Lambert, tym razem w łódzkiej Atlas Arenie.

Paweł Piotrowicz: Przyjeżdżasz z Queen do Polski już po raz czwarty. Zachowałeś jakieś wyjątkowe wspomnienia z poprzednich wizyt?

Adam Lambert: Przede wszystkim odnoszę wrażenie, że chyba nigdzie na świecie nie ma drugiej takiej publiczności. Kiedy u was śpiewam, czuję wielką miłość fanów i ich ogromne zaangażowanie w całe widowisko. Znacie słowa piosenek, reagujecie w sposób spontaniczny i jesteście cudowni.

Zapewne bardzo często słyszysz pytania o możliwość nagrania nowej płyty z zespołem…

Cały czas. [śmiech]

Jako że do tej pory to się nie zdarzyło, przypuszczam, że raczej nie ma na to większych szans. Mam rację?

Faktycznie nie mamy w tej chwili takich planów, ale też nie mogę powiedzieć, że niemożliwe jest, byśmy kiedyś jednak czegoś razem nie nagrali. Kochamy się nawzajem i fantastycznie czujemy w swoim towarzystwie, a jako że jeździmy razem po świecie, to siłą rzeczy wiemy, jak razem grać. Myślę, że nowa muzyka jest kwestią zrobienia właściwiej rzeczy w odpowiednim czasie, do tego ze słusznych powodów.

Słusznych, czyli…

Szczerych, wynikających z artystycznych pobudek. Ale może nie będzie to cały album, a jakiś singiel lub EP-ka. Z drugiej strony, mamy sposobność grania najbardziej niesamowitej muzyki w historii. Jak to przebić? [śmiech] Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Mówisz, że masz świetne relacje z Brianem Mayem i Rogerem Taylorem. Jesteście przyjaciółmi?

Zdecydowanie, naprawdę dobrze się dogadujemy. Ufamy sobie. Wiesz, pracujemy ze sobą już pięć lat i nie spędzamy ze sobą tylko czasu na scenie, ale także poza nią, podczas podróży czy wspólnych posiłków. Spotykamy się także poza trasami. Nasz zespół jest jak rodzina i jestem bardzo wdzięczny za tę przyjaźń. Oczywiście Brian i Roger są moimi bohaterami i idolami, królami rock’n’rolla, więc przebywając z nimi, cały czas się inspiruję. Bardzo wiele się od nich nauczyłem.

Czego konkretnie?

Dobre pytanie. Trudno mi wskazać jedną rzecz, skoro jest ich tak wiele. [śmiech] Na pewno sporo mi dało ich spojrzenie na muzykę i podejście do fanów. Oni po prostu wiedzą, co jest dla nich jest najważniejsze, jaki jest najlepszy sposób zagrania danej piosenki. Staram się w to wsłuchiwać i jak najwięcej z tego absorbować.

Śnił ci się kiedyś Freddie Mercury? A jeśli tak, to może odbyłeś z nim wtedy jakąś ciekawą rozmowę?

Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek miał sen o Freddiem… Bardzo często mam jednak poczucie, że naprawdę jestem szczęściarzem, mogąc śpiewać piosenki, które także on napisał. Queen to zespół, który mimo upływu lat nadal ogromnie wiele dla ludzi znaczy, więc dziękuję wszechświatowi, że mogę podtrzymywać jego muzyczne życie i przekazywać światu tę pochodnię, którą przez tyle lat dzierżył. Wiem, że wiele rzeczy, które ten zespół robił i które Freddie przekazywał, dotyczących życia, miłości i świata, mają wymiar ponadczasowy i uniwersalny.

Freddie Mercury kochał życie, muzykę, swoją publiczność, ale i szalone imprezy. Właściwie trudno go było nie lubić. Które z jego atrybutów czy cech najbardziej pasują do ciebie?

Ja także bardzo lubię imprezować! [śmiech] Często słyszę od Briana i Rogera, że prawdopodobnie dobrze bym się z Freddiem dogadał, bo obu nas cechuje apetyt na dobry czas. Mnie osobiście, poza walorami muzycznymi i wyjątkowym głosem, najbardziej odpowiada jego poczucie humoru. Łatwo je dostrzec, oglądając wywiady czy choćby fragmenty koncertów pokazujących jego swobodne i spontaniczne zachowanie na scenie. On był naprawdę bardzo zabawny i właściwe to robił to, co chciał. Był człowiekiem wolnym. Podoba mi się ta idea, bycia w stu procentach wolnym.

Ty nie jesteś?

Mam nadzieję, że jestem.

Pamiętasz najbardziej szaloną imprezę, na której byłeś?

Byłem na tylu, że…

Wybierz jedną.

Za dużo, naprawdę! [śmiech]

Jak wygląda twój typowy dzień? Jeśli w ogóle takowe miewasz…

Nie mam typowego, ale jeżeli zdarza się wolny, to uwielbiam piesze wycieczki po Los Angeles oraz lunche i obiady z przyjaciółmi. No i oczywiście wieczorne imprezy. Kiedy nie jestem w trasie czy w studio, to tak naprawdę wiodę bardzo normalne życie. A potem wsiadam w prywatny odrzutowiec z Brianem i Rogerem i wkraczam w zupełnie inny świat. Ale uwielbiam obie części mojego życia. Myślę, że balans jest bardzo istotny.

Gdybyś napisał piosenkę „Adam Lambert”, jak ona by brzmiała?

Nie wydaje mi się, że byłbym w stanie napisać coś takiego. Jeżeli już, miałaby w sobie bardzo różnorodne partie, sekcje i harmonie, bo nie wydaje mi się, bym był kimś jednobarwnym czy monotonnym. Byłaby wesoła, potem smutna, następne zabawna, potem trochę leniwa, następnie szybka, zakręcona i nieco sentymentalna. I skończyłaby się bardzo radośnie.

Jest coś, czego żałujesz?

Nie bardzo… Może za dwadzieścia lat wpadnę na pomysł, czego mógłbym żałować, ale teraz… Daj spokój stary! [śmiech]

Rozmawiamy krótko po tragedii w Las Vegas, kiedy to szaleniec zabił z okna hotelowego kilkadziesiąt osób uczestniczących w koncercie. Zamachy towarzyszące wydarzeniom muzycznym zdarzają się niestety coraz częściej. Co czujesz, kiedy widzisz takie obrazki – jako artysta, ale przede wszystkim człowiek?

Czuję się okropnie i bardzo współczuję ofiarom i ich rodzinom. To straszne, że strzela się do osób, które przychodzą na koncert, by być częścią publiczności, wspólnie z obcymi sobie ludźmi śpiewać, cieszyć się i przeżywać wspaniałe emocje. Niewiele jest równie pięknych obrazków i bardzo źle się stało, że ktoś zamienił to w taką tragedię. Lubię myśleć, że na świecie jest o wiele więcej dobrych ludzi niż złych.

A czy prezydent Trump jest dobrym człowiekiem czy złym?

Wybacz, ale nie zamierzam odpowiadać na polityczne pytania w wywiadzie dotyczącym Queen.

Od lat otwarcie mówisz o swoim homoseksualizmie. Czy podejście opinii publicznej do mniejszości seksualnych staje się twoim zdaniem coraz bardziej tolerancyjne? A może przeciwnie, wraz z rozwojem skrajnych ruchów prawicowych, zdecydowanie się pogarsza?

Wierzę, że to się zmienia pozytywnie, ale myślę, iż naprawdę odczujemy to w następnym pokoleniu. Taką mam przynajmniej nadzieję, zwłaszcza kiedy patrzę na młodych ludzi i ich otwartość na świat, nie zawsze oczywistą u ludzi starszych.

Dla mnie ważne jest, by pamiętano, że homoseksualizm jest tylko jedną z części osobowości i dlatego nie powinien ludzi dzielić ani sprawiać, że zaczynają się nienawidzić. Seksualność to nie wszystko, a jedynie kawałek tego, czym jesteśmy. Na pewno nie jest częścią naszego ducha czy duszy. Wydaje mi się, że ludzie zaczynają się dopiero uczyć tego, iż najważniejsze w życiu to być szczęśliwym. No i w ogóle to życie lubić, cokolwiek to znaczy. Coraz więcej ludzi zdaje sobie sprawę, że w świecie, w którym jest tyle mroku, zła, zgiełku i zawieruchy, są znacznie większe zagrożenia niż to, kto kogo kocha i z kim sypia.

Potrafiłbyś wskazać najpiękniejszą kobietę na świecie?

Znowu zadałeś mi pytanie, na jakie nie jestem w stanie jednoznacznie odpowiedzieć. [śmiech] Mnóstwo jest pięknych kobiet, bo one z natury są piękne. To naprawdę wielkie pytanie, którego nikt nigdy mi wcześniej nie zadał, czuję więc sporą presję… Pozwól, że odpowiem ci następnym razem. [śmiech]

Twój trzeci album „The Original High” ukazał się dwa lata temu. Podobno czwarty będzie bardziej eksperymentalny. Co to oznacza?

Nie wiem, czy określenie eksperymentalny jest najtrafniejsze, ale rzeczywiście wiele utworów brzmi inaczej, kierując się ku nieco bardziej alternatywnym brzmieniom i rozbudowanej bazie instrumentalnej… Używam na przykład o wiele więcej gitar niż na moim poprzednim albumie. Nad muzyką pracuję od roku, z różnymi ludźmi, i mam naprawdę wspaniałe piosenki. Perspektywa podzielenia się nimi ze światem bardzo mnie ekscytuje. Już niedługo.

Czujesz, że się rozwijasz?

Nie mam innego wyjścia. Dla mnie bycie artystą jest nieustającym badaniem i odkrywaniem czegoś nowego, sposobem na znalezienie nowych dróg powiedzenia czegoś, co być może już wcześniej się powiedziało albo powiedział ktoś inny. Można oczywiście trzymać się jednego stylu i w wielu przypadkach to się sprawdza, także z punktu widzenia biznesowego – masz swoją markę, ludzie takim ciebie znają i rozpoznają, nie ma co tego zmieniać. Ale ja osobiście zawsze byłem zainspirowany artystami, którzy szli do przodu, rozwijali się i nieustająco robili coś nowego.

Takimi jak Freddie Mercury i cały Queen.

Tak mi się wydaje. Kidy spojrzysz na ich katalog, przekonasz się, że oni zawsze próbowali czegoś nowego i inspirowali się właściwie każdym stylem. Mieli piosenki cięższe i bardziej metalowe, mieli też typowo popowe. W ich muzyce było miejsce na żart, na tajemniczość i agresję, na musicalowość, dramatyzm i teatralność, na smutek i radość. Korzystali z różnych brzmień, zachowując przy tym pełną wiarygodność. I właśnie dlatego byli fantastycznym zespołem.

Który utwór Queen jest najtrudniejszy do zaśpiewania?

Myślę, że to się zmienia w zależności od wieczoru. Na pewno wielkim wyzwaniem są „The Show Must Go On”, „Who Wants to Live Forever”, także bardzo wymagające, i „Another One Bites the Dust”, przez swoją agresywną partię wokalną, która zabiera bardzo dużo energii.

A masz ulubioną piosenkę?

Nie byłbym w stanie wybrać jednej. Kocham je wszystkie!

Jest szansa, że w Łodzi zaprezentujecie także jakieś mniej znane utwory, które nawet Queen z Freddiem Mercurym rzadko grali na koncertach?

Pytasz, czy będą niespodzianki? Gdybym powiedział, przestałyby nimi być. [śmiech] Oczywiście postawimy na największe hity, które tak kochamy grać, a publiczność nie może się bez nich obejść, ale gwarantuję ci, że koncert będzie inny niż każdy poprzedni. Nie tylko dlatego, że lubimy czasem zmienić kolejność utworów lub zagrać jakąś piosenkę inaczej lub nawet sięgnąć po coś mniej oczywistego. Wkładamy wiele czasu i wysiłku w to, żeby nasze koncerty nie tylko brzmiały, ale i wyglądały inaczej – pojawią się więc nowe elementy wizualne, jak światła, scenografia, dekoracje. Dzięki temu koncerty Queen są także dla nas przeżyciem świeżym i ekscytującym.

z onet.pl / Paweł Piotrowicz

Wszystkie tajemnice Queen

Lektura biografii grupy pióra Marka Blake’a to królewska uczta. Autor ujawnia fakty, bawi anegdotami.

7 października 1977 roku brytyjski zespół Queen wydaje singiel, na którym znalazła się napisana przez Freddiego Mercury ballada rockowa „We Are the Champions”. W związku z przypadającą dziś rocznicą tego wydarzenia przypominamy tekst, który ukazał się w „Plusie Minusie” w 2015 roku. 

Zbierając materiały do wyjątkowo pikantnej książki „Królewska historia. Queen”, autor nie porozmawiał chyba tylko z Freddiem Mercurym. Nie miał jak. Nie zdążył. Pozostałych muzyków grupy i ich przyjaciół przemaglował: wycisnął z nich wszystkie historie i anegdoty. Nawet te dotyczące erotycznych upodobań Mercury’ego podczas koncertów, gdy na chwilę schodził ze sceny.

– Freddie był kimś ogromnie zabawnym – wspomina May. – Nieprzewidywalnym. I bardzo ciepłym. Troszczył się o nas. Chociaż dla innych nie miał aż tyle serca. Jeśli ktoś mu się naprzykrzał, po prostu wykreślał go z życia. Nie znosił, gdy ktoś zakłócał jego prywatność. Najbardziej lubił spędzać czas w zaciszu swojego domu. A gdy zmogła go choroba, właściwie się w nim zamknął.

Zaskakujące wyznanie, zwłaszcza że narracja Blake’a jest jak film z kadrami wielodniowych balang z szampanem za 30 tysięcy funtów, urodzin. Impreza w Nowym Orleanie kosztowała 200 tysięcy funtów. Tańczyły striptizerki przebrane za zakonnice. Karły z przylepionymi do głów tackami roznosiły kokainę.

Poznajemy kulisy sesji i awantur, które toczyły się nawet na temat wielkości skrzydeł motyla. Bo muzycy mieli różne temperamenty. Mercury lubił nagrywać szybko, co nie znaczy, że nie zależało mu na jakości i nie miał własnej wizji. May „rzeźbił” na gryfie do rana. Ale pomimo napięć kochali się. Bez podtekstów!

Queen to nazwa, która symbolizowała gejowską naturę wokalisty, ale stanowiła też hołd dla przebogatej historii angielskiego imperium. Ojciec Freddiego był pracownikiem brytyjskiego gubernatora na Zanzibarze i, tak jak jego żona, parsem, czyli wyznawcą zaratustrianizmu – tego od Zaratustry opiewanego przez Fryderyka Nietzschego. Imperium padało i Freddie został oddany do szkoły z internatem w Indiach. Po lekcjach uwielbiał grać w teatrze i zespole muzycznym. Już wtedy mówił do kolegów per „skarbie”. Po latach przyznał, że uważano go za „pretensjonalną ciotę”. Jego londyńscy znajomi wspominają, że chodząc na kurs projektowania mody, snobował się na akcent ucznia z prywatnej szkoły, ale musiał dorabiać jako tragarz na Heathrow, a nawet obnażał się przed starymi kobietami i mężczyznami za 5 funtów. Zaciskał zęby i mówił: „Mógłbym nawet głodować, byle tylko robić to, co chcę”. Chciał być gwiazdą pop.

May pochodził z klasy średniej, tytuł licencjacki odebrał z rąk Królowej Matki w Royal Albert Hall. Gdy pierwszy raz spotkał Freddiego, zobaczył człowieka „nieśmiałego, chowającego się za kreacją”. To był czas, kiedy bał się tematu homoseksualizmu, jednocześnie uważając, że łączy w sobie dwie płci. W Anglii nikogo to nie szokowało. David Bowie, którego Queen spotykali w studiu, nagrywając debiutancką płytę, występował przebrany za kobietę. Freddie wiedział, jak ważny jest wizerunek, dlatego wymógł na opiekunie z firmy EMI zaksięgowanie 5 tysięcy funtów na modne ciuszki. Przed pierwszym dużym koncertem wściekał się, gdy perkusista Roger Taylor włożył bluzkę, którą on chciał nosić. Uciekł. May krzyczał przez mikrofon: „Freddie, skarbie. Wracaj tu, stara cioto”.

Zanim Mercury zaczął występować w gronostajach i złotej koronie, czuł wielką tremę. Ze stresu wymiotował. Dopiero po latach zaczął gwiazdorzyć i domagał się, by fani w pierwszym rzędzie przed sceną nie byli brzydcy, tylko z castingów. Na scenie fascynował nie tylko wyglądem. Magazyn „Rolling Stone” napisał po premierze pierwszej płyty: „Queen to potwór”.

Dzięki barwnemu życiu Freddie potrafił pisać piosenki, które łączyły erudycyjną błyskotliwość z obyczajową sensacyjnością tabloidów. „Killer Queen” zainspirował ukochany film Freddiego „Kabaret”. W historii o prostytutce z wyższych sfer znalazło się miejsce na Marię Antoninę i szampan Moët & Chandon. Zasługą wokalisty było również, że wprowadzał do rocka brzmienia wodewilowe, swing.

Pierwszą wersję „Bohemian Rhapsody” Mercury napisał pięć lat przed nagraniem, projektując połączenie ballady i opery, włoskiej komedii ludowej Scaramucciego, portugalskiego tańca fandango, astronoma Galileusza i postaci z dzieł Mozarta i Rossiniego. „Wszystko było poopisywane ciągami liter, które wyglądały niczym autobusy namalowane na kartce papieru” – wspomina amatorski zapis nutowy Mercury’ego May. Kompozycja według asystenta wokalisty miała być zakamuflowaną historią jego coming outu. Muzycy musieli jeszcze stoczyć batalię, by wyjątkowo długa piosenka trafiła na singel i do radia. Byli nieustępliwi, choć ich arcydzieło nazywano „gów- nem”.

Dopiero od czwartej płyty, „A Night at the Opera”, licznik finansowy zaczął bić na korzyść grupy. Wcześniej muzycy, chociaż sprzedawali coraz więcej płyt i biletów na koncerty, w związku ze źle podpisanym kontraktem czuli się pariasami. May mieszkał w kawalerce i kąpał się w czynszowej piwnicy. Potem o karierze Queen mówiło prawdę już tylko „We Are the Champions”.

Wielu fanów miało im za złe, że zamienili rocka na „Radio Ga Ga”, ale przyciągnęło młodych słuchaczy. Dziś, kiedy zabrakło Freddiego, radio jest największym sprzymierzeńcem Queen. Tylko czy didżeje wiedzą, co znaczy tytułowe „Ga Ga”? Odpowiedź jest w książce, choć może lepiej jej nie znać, pracując na antenie.

A jeśli ktoś uważał Freddiego za ciotę, przeczyta, że walcząc z AIDS, nie mazał się i nie znosił litości. Nie życzył sobie, by wieść o jego rychłej śmierci przedostała się do mediów. Interesowały go wieści o dobrej sprzedaży płyt z powodu ich wyjątkowości, a nie litości dla umierającej gwiazdy.

z rp.pl

[ANATOMIA ROCKA] Freddie Mercury!

Freddie Mercury, a właściwie Farrokh Bulsara, urodził się 5 września 1946 roku w Stone Town w Zanzibarze. Jego ojcem był brytyjski urzędnik, Bomi Bulsara. Kiedy miał pięć lat, rozpoczął edukację w szkole prowadzonej przez brytyjskie zakonnice. Artysta od zawsze wykazywał niezwykłe uzdolnienie muzyczne. Dzięki swojej ciotce rozpoczął naukę gry na fortepianie. W szkole również udzielał się muzycznie. Śpiewał on w chórze oraz należał do kółka teatralnego. Freddie interesował się także sportem. Kiedy miał 10 lat, wygrał w szkolnym turnieju tenisa stołowego.

Młody Farrokh kontynuował naukę w szkole z internatem w Panchagani w Indiach. Placówka była znana głównie z rygoru i dyscypliny. Mercury, za jedną z bójek, został ukarany przymusowym scięciem swoich długich włosów.
W czasie nauki w Panchagani, dołączył do swojego pierwszego zespołu rock n’ rollowego – The Hectics. Do grupy należeli także Bruce Murray, Derrick Branche, Farang Irani i Victory Rana. Muzyk otrzymał również w szkole pseudonim „Freddie”.

W 1963 roku (rok po rozpadzie The Hectics) wrócił do Zanzibaru, skąd (rok później) był zmuszony uciec razem z rodziną do Anglii. W Zanzibarze trwała wtedy wojna domowa.

Chłopak, ucząc sie w brytyjskim technikum Isleworth School, udzielał się aktorsko. Zagrał w sztuce Arnolda Weskera „The Kitchen”. Później ukończył studia na Ealing College of Art na kierunku Grafika i Projektowanie. W czasie studiów poznał Rogera Taylora (przyszłego perkusistę Queen) oraz Briana Maya (późniejszego gitarzystę Queen). Obaj muzycy (Roger i Brian) grali wtenczas w zespole Smile. Freddie był zachwycony ich muzyką. Pod wpływem artystów, zaczął znowu grać na fortepianie oraz dołączył do zespołu Sour Milk, który jednak rozpadł się po dwóch miesiącach. Grupa Maya i Taylora również przeżywała kryzys. Spowodowany był odejściem jednego z członków – Tima Staffela.

Freddie postanowił dołączyć do Smile. Muzycy zmienili nazwę zespołu na (zaproponowaną przez Mercurego) „Queen”. Bulsara stworzył również logo grupy. Kiedy zaczął grać w Queen, artysta zmienił swoje nazwisko na Mercury. Chciał on od początku dbać o swój wizerunek, a nowe nazwisko wydawało mu się bardziej medialne. Stwierdził, że imię rzymskiego boga będzie bardziej pasować gwieździe rocka, którą planował zostać.

Pierwszy występ Queen odbył się w 1971 roku, a rok po nim grupa zaczęła pracować nad albumem. W końcu, w 1973 roku zespół zadebiutował singlem „Keep Yourself Alive” oraz albumem „Queen”. Muzycy pojechali też w swoją pierwszą trasę koncertową „Queen Tour”.

Kariera Queen ruszyła jednak dopiero po wydaniu singla „Bohemian Rhapsody” w 1975 roku, zapewniając kolejnym albumom zespołu miejsca na szczytach list przebojów na całym świecie.

Wokalista udzielał się także solowo. Wydał album pt. „Mr. Bad Guy”. Jednak krążek okazał się być klapą. Płyta ta była niezwykle ważna dla Mercurego. Wszystkie piosenki (w większości ballady) napisał sam, a płytę traktował bardzo osobiście. Nagrał również album z Montserrat Caballe, katalońską śpiewaczką operową. Oboje byli niezwykle dumni z krążka, który zatytułowali „Barcelona”.

Artysta, w czasie kariery, odkrył swoją biseksualność. Miewał liczne kontakty płciowe z mężczyznami, w wyniku czego zachorował na AIDS. Choroba prowadziła do osłabienia odporności, przez co Freddie zachorował na zapalenie płuc. Nie przetrwał. Zmarł 24 listopada 1991 roku w swoim domu Garden Lodge w Londynie. Miał 45 lat.

Brian May (o ostatniej sesji nagraniowej) dla „The Daily Telegraph” w 2011 roku:

Wtedy wszystko było już oczywiste. Jego dni były policzone, ale on chciał prowadzić nadal normalne życie i tworzyć. Powiedział: „Piszcie dla mnie i nagrywajmy. Dokończycie, kiedy mnie już nie będzie”. Potrafił wspaniale pogodzić się z losem. [...] Nie czuł się dobrze, ale jeśli było trzeba, pytał: „Potrzebujemy wokalu? Zaśpiewam”. Wypijał kilka kieliszków wódki, opierał się o biurko i śpiewał zachwycająco, z wielką pasją i siłą. Dopóki nie padł ze zmęczenia. Myślę o nim cały czas. Nie ma dnia, żebym o nim w jakiś sposób choć przez chwilę nie pomyślał.

W programie wypowiedzą się: Krzysztof Ibisz, Krzysztof Szewczyk, Wojciech Pijanowski, Barbara Kurdej- Szatan, Paweł Małaszyński, Michał Wiraszko oraz członkowie zespołu Sztywny Pal Azji!

Anatomia Rocka już 2 i 3 września. Startujemy w sobotę od 9.40!

http://rockradio.tuba.pl/

Ameryka zachwycona trasą Queen z Adamem Lambertem

„Freddie Mercury byłby dumny z tego, jak potrafili zabawić fanów!” – to tylko jeden z komentarzy prasowych po zakończonej już, amerykańskiej trasie Queen + Adam Lambert. Tamtejsze media zachwycały się niesamowitym widowiskiem i rozpisywały o nim w samych superlatywach. Brian May i spółka pojawią się także w Polsce gdzie wystąpią 6 listopada show w łódzkiej Atlas Arenie.

5 sierpnia zakończyła się amerykańska część trasy koncertowej Queen + Adam Lambert. Przebiegała w 40. rocznicę wydania albumu „News Of The World” i obejmowała łącznie 25 występów w różnych miejscach w USA i Kanadzie. Zagraniczne media rozpisywały się o tej trasie wiele razy, a zachwytom nie było końca.

Inauguracyjny koncert Queen + Adam Lambert odbył się 23 czerwca w Phoenix, w Arizonie w Gila River Arena dla prawie 13 tys. fanów. Ostatni występ natomiast dali w Houston, w stanie Texas w arenie Toyota Center. Amerykańskie media wielokrotnie komentowały przebieg trasy i poświęcały na koncertowe relacje swoje prasowe strony i czas antenowy. Każdy występ okazywał się niesamowitym widowiskiem i przedstawiany był w samych superlatywach:

„Koncert, o którym będą mówić przez wiele lat … po prostu nie do opisania”– donosił Digital Journal, portal internetowy Ameryki Północnej.

„To było wiele genialnych chwil” – to z kolei The Washington Times.

„Queen było niesamowicie energetyzujące przez całą noc…. Mercury byłby dumny z tego jak potrafili zabawić fanów!” – dziennikarz gazety The Plain Dealer z Cleveland wczuł się w rolę dawnego frontmana.

„Vancouver słyszał najlepszą muzykę Queen, jaką mógł zaoferować i wszyscy wyszliśmy stamtąd championami!” – kanadyjski Vancouver Observer.

Koncertowa setlista zawierała kilka nowości. Łącznie wykonywane były 24 utwory. Na niesamowitej scenie w kształcie słynnej gitary Red Special, robiącej ogromne wrażenie na fanach, pojawił się robot znany z okładki albumu „News of The World”. Nowością podczas amerykańskiej trasy koncertowej było wykonanie także solowych utworów Adama Lamberta z jego najnowszego albumu „Two Fux”. Internetowe serwisy tak komentowały koncert:

„Obejrzyj to show, nie ma niczego, co cię rozczaruje” – nowojorski NJ.com.

„To show było przepełnione hitami” – Philly.com z Filadelfii

„Ostatecznie hołd jest dla Freddiego, głównie w balladzie Love of my life, w której May wykonuje solową partię gitarą akustyczną. To powoduje, że łzy napływają do oczu” – EnidNews.com z portal obsługujący stan Oklahoma.

Gitarzysta, a czasami także wokalista Queen – Brian May – podczas trasy koncertowej po Ameryce Północnej obchodził swoje 70. urodziny. Ciekawostką jest fakt, że twórca wielu największych przebojów zespołu od początku kariery gra na gitarze skonstruowanej przez siebie ze zużytych części. Także Roger Tylor świętował swoje urodziny na jednym z koncertów.

Dzięki użyciu nowoczesnych technologii, na scenie pojawił się… sam Freddy Mercury. Wszyscy

zobaczyli wokalistę na telebimie, który zaśpiewał jedną ze zwrotek „Love Of My Life”. Był to niezwykle emocjonujący moment zarówno dla muzyków, jak i dla wielu fanów zespołu Queen. Ponadto również gitarzyści May i Taylor wspierali głosowo Lamberta podczas koncertu i dali popis wokalny w akustycznym „39” oraz balladach „ Who Wants To Live Forever” (w duecie z Lambertem) i wspomnianym już „Love Of My Life”. Oto kolejna garść zachwytów ze stron internetowych:

„Queen po raz kolejny zrobiło coś niezwykłego – wzięli utwory, które mają po 30. czy 40. lat i zagrali je w taki sposób, że brzmią tak współcześnie, jak nigdy! – donosiło rockowe radio B102.7;

„…Brian May, Roger Taylor i buzujący Adam Lambert zapewnili nas, że repertuar hymnów Queen nadal ma energię i potrafi porywać tłumy. Z jednej strony przypomnieli nam, ile [muzycznych] darów otrzymaliśmy od Freddiego Mercurego, ale z drugiej zostawili wspomnienie o Freddim Mercurym daleko z tyłu! – tak wyrażał się z kolei City Pages z Mineapolis.

Wokalista Adam Lambert zaskakiwał swoich fanów strojem, zmienianym kilkukrotnie podczas koncertu. Fani mogli zobaczyć go m. in. w błyszczącym, różowym garniturze i butach na wysokim obcasie, czarnych skórzanych spodniach i kamizelce, czerwonym skórzanym ubraniu, a także połyskującym czarnym garniturze. Podczas utworu „Bicycle Race” Lambert pojawił się na scenie na różowym rowerze z koszem wypełnionym kwiatami. Na scenie pojawiła się także trójwymiarowa konstrukcja, przypominająca głowę, wzorowaną na robocie z okładki z roku 1977 „News Of The World”, na której siedząc, wokalista zaśpiewał wyjątkowy utwór „Killer Queen”.

„…szacunek do przeszłości Queen’s wraz z magnetyzmem Lamberta, które ostatecznie sprawiły, że był to tak satysfakcjonujący wieczór dla prawdziwych fanów zespołu” – pisał dziennik USA Today.

„To był naprawdę niesamowity występ, a jeśli masz wystarczająco dużo szczęścia, by być niedaleko miasta w którym będą grać Queen z tą trasą koncertową, powinieneś koniecznie iść!” – zachęcał z kolei portal muzyczny Ultimate Classic Rock;

„To była prawdziwa rakieta! Każda minuta tego koncertu była wprost niesamowita! Jeśli tylko masz możliwość, aby wziąć udział w koncercie, nie może Cię tam zabraknąć!” – tak komentował fan i uczestnik koncertu.

Trasa po USA i Kanadzie przeszła już do historii. Ale już za trzy miesiące rozpocznie się kolejny tour Queen + Adam Lambert, tym razem po Europie. Podczas tegorocznego jesiennego tournée wystąpią w 26 krajach Europy. Polski koncert odbędzie się 6 listopada w łódzkiej hali Atlas Arena. Bilety na to wyjątkowe show można nabywać poprzez strony internetowe: www.bilety.imprezyprestige.com, eBilet.pl oraz w sieci salonów Empik w całym kraju. Wydarzenie organizuje agencja Prestige MJM.

z onet.pl

Adam Lambert odchodzi z Queen?

Wokalista musi stawić czoła krytyce dotyczącej jego obecności na scenie z zespołem Queen – „To nie jest prawdziwy Freddie Mercury”. Czy fani odciągną go od koncertowania?

Pierwotny frontman Queen, Freddie Mercury znany był ze swojej charyzmy, pełnego zaangażowania podczas koncertów i miłością do fanów. Autor takich tekstów jak „Bohemian Rhapsody”, „We Are The Champions” czy „Killer Queen” zmarł w wyniku powikłań wywołanych AIDS. Po osiemnastu latach od śmierci Mercurego zespół Queen wystąpił w programie muzycznym „American Idol” gdzie poznał Adama Lamberta.

Muzycy nawiązali współpracę w 2009 roku, kiedy spotkali się na nagraniach do programu ”American Idol”. Adam Lambert był wtedy uczestnikiem programu, w którym zajął 2 miejsce. Zespół zwrócił na niego uwagę, gdy w programie wykonywał utwór Led Zeppelin „Whole Lotta Love”. Koncertowali wspólnie dwa lata po emisji programu, jedynie okazjonalnie. Dopiero w 2014 ogłoszono trasę koncertową Queen + Adam Lambert Tour.

Adam Lambert coraz częściej słyszy negatywne opinie o swoich występach, jak sam mówi „głupkowaci fani” porównują go do dawnego wokalisty zespołu Queen, Freddiego Mercury. Mimo zaangażowania młodego wokalisty podczas trasy koncertowej, część fanów i tak uważa, że nie powinien próbować upodobniać się do Mercurego. Lambert podobnie jak Freddie jest charyzmatyczny na scenie i decyduje się na zmiany, często kontrowersyjnych strojów. Tym najbardziej zapisującym się w pamięć był różowy kombinezon.

„Najbardziej gejowski kombinezon jaki kiedykolwiek widzieliście”.

Pewność Lamberta nie pozwala mu na zrezygnowanie z występów z Queen. Pomimo negatywnych opinii Lambert wciąż koncertuje z zespołem. Na każdym występie wraz z oryginalnymi członkami zespołu zaskakuje fanów. Ostatnim była głowa robota wychodząca spod sceny. Podczas utworów takich jak „Bohemian Rhapsody” na ekranach wyświetlane są urywki z występów Freddiego Mercury, co dla fanów zespołu tworzyło przyjemny wieczór.

W tym roku znów będziemy mogli usłyszeć legendarne piosenki Queen na żywo. Koncert Queen + Adam Lambert w Polsce odbędzie się 6 listopada w łódzkiej Atlas Arenie. Spieszcie się z zakupem biletów, ponieważ Roger Taylor zapowiada, że ta trasa koncertowa będzie zupełnie inna niż poprzednie, spowodowane jest to lepszymi warunkami technicznymi. Czym może zaskoczyć nas zespół?

z tuba.fm

Queen w czołówce ulubionej fantastycznej supergrupy muzycznej

Czytelnicy gazety Mirror wybrali swoją super fantastyczną supergrupę muzyczną w czołówce znaleźli się muzycy Queen:

TOP 15 Wokaliści

  1. Adele
  2. Freddie Mercury
  3. David Bowie
  4. Amy Winehouse
  5. Michael Jackson
  6. Whitney Houston
  7. Bob Marley
  8. Elvis Presley
  9. Annie Lennox
  10. John Lennon
  11. Tina Turner
  12. Elton John
  13. Stevie Wonder
  14. Bruce Springsteen
  15. Aretha Franklin

TOP 15 Gitarzyści

  1. Brian May
  2. Eric Clapton
  3. Jimi Hendrix
  4. Carlos Santana
  5. Slash
  6. George Harrison
  7. David Gilmore
  8. Mark Knopfler
  9. Chuck Berry
  10. Kurt Cobain
  11. Jimmy Page
  12. Angus Young
  13. Keith Richards
  14. BB King
  15. The Edge

TOP 15 Bębniarze

  1. Phil Collins
  2. Roger Taylor
  3. Dave Grohl
  4. Keith Moon
  5. Ringo Starr
  6. Mick Fleetwood
  7. Chad Smith
  8. Charlie Watts
  9. John Bonham
  10. Ginger Baker
  11. Cozy Powell
  12. Nick Mason
  13. Alex Van Halen
  14. Travis Barker
  15. Matt Helders

TOP 15 Basiści

  1. Paul McCartney
  2. John Deacon
  3. Sting
  4. Flea
  5. Roger Waters
  6. Alex James
  7. John Entwistle
  8. John Paul Jones
  9. Duff McKagen
  10. Phil Lynott
  11. Bruce Foxton
  12. Lemmy
  13. Chris Wolstenholme
  14. John Taylor
  15. Mike Rutherford

[ANATOMIA ROCKA] Freddie Mercury

Freddie Mercury, który urodził się jako Farrokh Bulsara na wyspie Zanzibar, we wrześniu kończyłby 70 lat. Przez całe życie marzył o tym, aby cały świat słuchał jego muzyki. Dokonał tego stając się ikoną. Był mistrzem balansującym na granicy artyzmu i kiczu. W znacznym stopniu zmienił społeczne podejście do gejów i naszej seksualności.

Rafał Rutkowski:

Bardzo żałuje, że nie było mnie na koncercie nieupamiętniającym twórczość Freddiego. Wówczas na Wembley wystąpiły największe gwiazdy m.in. David Bowie, Elton John, Axl Rose i George Michael.


Paweł Małaszyński:

Nigdy nie było i nie będzie lepszego wokalisty niż Freddie Mercury!

Krzysztof Ibisz:

Nigdy nie byłem fanem zespołu Queen, ale kiedy posłuchasz głosu Freddiego nie możesz być obojętnym. Wielki artysta!


Anna Dereszowska:

Grupa Queen kojarzy mi się z wakacjami na mazurach. Miałam 12 lat i pierwszy raz usiadłam za kierownicą. Z głosików wydołowały się dźwięki ”We Are The Champions”,”I Want It All” czy „The Show Must Go On”. W sumie nie powinnam o tym mówić, ale usprawiedliwię się tym, że jeździłam polnymi dróżkami!

Michał Wiraszko:

Myślę, że był bardzo spolaryzowaną postacią. Cieszył się życiem zapraszając na szalone domówki. Z drugiej strony był głęboko nieszczęśliwy, wrażliwy i pogubiony (…) Jeżeli chodzi o dźwięki, harmonie, ekspresję i bycie na scenie osiągnął poziom dzieła sztuki.

Zacznie więcej komentarzy i barwnych anegdot dotyczących wokalisty Queen usłyszycie w najbliższy weekend 17 i 18 czerwca!

z http://rockradio.tuba.pl/


  • RSS
  • Facebook
  • YouTube
  • Last.fm