Turbo Top

Można głosować na C-lebrity w Turbo Topie w Antyradio

frank@antyradio.pl

W 99 notowaniu jako nowość trafiło na 17 pozycję.

The Cosmos Rocks Płytą Roku – głosowanie

Lubiących The Cosmos Rocks zapraszam do głosowania na plytę Roku 2009 w plebiscycie Antyradia GLOSUJ TUTAJ

Musicale z recyklingu

W popkulturze nawet z najbardziej wyeksploatowanego dzieła zawsze
da się coś jeszcze wycisnąć. Można przerobić "Gwiezdne wojny" na
musical. Czemu nie, skoro wcześniej podobny pomysł na absurdalną
przeróbkę zadziałał w paru innych przypadkach?

Przykład ze słynną serią filmową nie jest wzięty z sufitu. George Lucas
i jego LucasFilms jako posiadacz praw autorskich wyrazili właśnie zgodę
na realizację wielkiego, przeznaczonego do wystawiania na stadionach
spektaklu pod nazwą „Star Wars: A Musical Journey”. Będzie to bardziej
widowisko multimedialne niż musical w dosłownym tego słowa znaczeniu -
na program trwającego prawie półtorej godziny show złożą się przede
wszystkim fragmenty filmów oraz muzyka z obrazów grana na żywo przez
orkiestrę symfoniczną. Na scenie pojawią się aktorzy, ale mają oni -
jak zapewniają producenci londyńskiego przedstawienia, które będzie
światową prapremierą przedsięwzięcia – bardziej pełnić funkcję
narratorów, niż odgrywać konkretne postaci. „Fani pewnie daliby wiele,
żeby usłyszeć C-3PO śpiewającego »Don’t Cry For Me R2-D2 «, ale czeka
ich rozczarowanie” – ironizuje brytyjski „The Times”.

O ile
oczywiście za rozczarowanie uznamy ekran prawie trzydziestometrowej
szerokości, widownię na 17 tysięcy miejsc i 86 muzyków z Royal
Philharmonic Orchestra, którzy w londyńskiej sali O2 Arena odegrają
wielbicielom kosmicznej sagi fragmenty ścieżki dźwiękowej z "Gwiezdnych
wojen". "To coś znacznie więcej niż tylko słuchanie płyty w domu – mówi
producent widowiska Spencer Churchill. – A jako film to zupełnie
wyjątkowe i jednorazowe doświadczenie".
Bilety na londyńską prapremierę są w sprzedaży od
poniedziałku. Producenci "Star Wars: A Musical Journey" raczej nie
muszą obawiać się o jego powodzenie. Widowisko ma co najmniej kilka
atutów. Sukces gwarantują przede wszystkim fani "Gwiezdnych wojen".
Armia oddanych wielbicieli czasami nieco grymasi (jak wtedy, gdy Lucas
wprowadził do sagi komputerowo wygenerowaną postać Jar Jar Binksa
ewidentnie obliczoną na to, aby przyciągnąć do filmu dziecięcą
publiczność), ale na ogół karnie napędza cały przemysł kręcący się
wokół serii, wydając pieniądze na kolejne związane z nią projekty
(wystarczy wspomnieć o filmach animowanych, komiksach i grach
komputerowych, a przecież jest jeszcze cały związany z "Gwiezdnymi
wojnami" rynek gadżetów). Na pewno silnym punktem widowiska będzie
grana na żywo muzyka Johna Williamsa – niezwykle charakterystyczna,
pełna motywów, które przeszły już nie tylko do historii kina, ale i
całej kultury masowej.

Ale za "Star Wars: A Musical Journey"
przemawia coś jeszcze. Popkultura od dawna z ogromnym powodzeniem
produkuje podobne przedsięwzięcia, tworząc na bazie hitów kolejne
przyciągające tłumy dzieła. Nie chodzi tu o zwyczajne spin-offy, które
obowiązkowo muszą powstać po rynkowym sukcesie książki, filmu czy gry
komputerowej, lecz łudzące pozorami nowej jakości i oryginalności formy
przedsięwzięcia, za którymi – jeśli się im bliżej przyjrzeć – nie stoi
na ogół nic poza oryginalnym, często też nie zawsze specjalnie
znaczącym tekstem. Najczęściej takie dzieło ma formę zbliżoną do "Star
Wars: A Musical Journey" – jest klasycznym musicalem.

Wzorcowym
przykładem – a zarazem inspiracją dla większości tego typu dzieł -
takiego przetworzenia popkulturowego tematu jest musical "Mamma Mia".
Oparta na piosenkach Abby historia nie ma nic wspólnego ani z samym
zespołem, ani z którąkolwiek jego piosenką. W tym wystawionym w 1999
roku widowisku piosenki szwedzkiej formacji odczytane zostały zupełnie
na nowo i zreinterpretowane jako zgrabna muzyczna ilustracja dla
historii o dziewczynie, która przed swoim ślubem chce dowiedzieć się od
matki, kim jest jej ojciec. Fabuła jakich wiele, ale za to pełna
niezapomnianych – i czasami dopasowanych do historii bardzo przewrotnie
- hitów, więc mimo pozornej banalności "Mamma Mia" odniosła gigantyczny
sukces. Musical grany jest w Wielkiej Brytanii i Stanach do dziś, na
jego podstawie powstał film, który parę miesięcy temu oglądaliśmy na
polskich ekranach, a wydana ścieżka dźwiękowa z filmu stała się – jakby
fani nie mogli posłuchać oryginalnych wersji piosenek – wielkim hitem
list przebojów. Tak właśnie pełną parą działa showbiznesowy recykling.

Sukces
"Mamma Mia" zachęcił innych producentów. W ciągu ostatnich lat powstały
musicale oparte na piosenkach grupy Queen, Roda Stewarta czy grupy
Madness. W żadnej z tych historii – jak w musicalu z przebojami Abby -
nie ma mowy o związku fabuły z twórcami hitów. To opowieści wymyślone
od początku do końca na potrzeby widowiska. Chyba najbardziej odważnym
artystycznie tego typu musicalowym przedsięwzięciem był show "Lennon",
w którym w rolę słynnego Beatlesa (wreszcie jakiś musical nawiązujący
do twórcy wypełniających go piosenek), śpiewając jego kolejne piosenki,
odgrywały osoby różnych płci i ras. Chyba nikogo nie zdziwi informacja,
że w przeciwieństwie do reszty towarzystwa widowisko nie odniosło
zbytniego sukcesu. Za to niezłe recenzje zbiera przedstawienie
odwracające zasadę, wedle której do istniejących już piosenek dopisuje
się fabułę – wprowadzony ledwie chwilę temu na nowojorskie sceny "Shrek
The Musical". Oparty dokładnie na historii znanej z filmu, ale
pozbawiony filmowej ścieżki dźwiękowej, na którą składały się często
wylansowane dużo wcześniej popowe przeboje.

Tego typu zabiegi
nie dotyczą wyłącznie dyskografii gwiazd z list przebojów i
hollywoodzkich hitów. Trzy lata temu na Broadwayu ogromnym sukcesem
okazał się musical "Spamalot" oparty na filmie z 1975 roku "Monty
Python i Święty Graal". Historia napisana w dużej mierze od nowa przez
członka Monty Pythona Erica Idle i wyreżyserowana przez Mike’a Nicholsa
zgarnęła kilka nagród Tony – broadwayowskich odpowiedników Oscara. Może
więc przy odrobinie szczęścia i fani "Gwiezdnych wojen" doczekają się
nie międzygalaktycznego odpowiednika "Mamma Mia", lecz dzieła
scenicznego na miarę oryginału.

Źródło: Gazeta Wyborcza


  • RSS
  • Facebook
  • YouTube
  • Last.fm